Las
Leśniczy, poruszając się po wyraźnie wydeptanej ścieżce, znakował drzewa, które w przyszłym tygodniu zostaną wycięte. W pewnym momencie skupił wzrok na niecodziennym szczególe.
Z mchu wystawał grzbiet książki.
Mężczyzna schylił się z wysiłkiem i niepewnie dotknął znaleziska. Po chwili namysłu wydostał je spod mchu. Jego oczom ukazał się całkiem nieźle zachowany notes. Co prawda kartki zżółkły, a brudna okładka miała nadszarpnięty jeden róg, jednak litery zapisane atramentem na wilgotnych stronach wciąż były wyraźne. Tekst można było bez problemu odczytać.
Leśniczy włożył notes do kieszeni kurtki i poszedł dalej.
Musiał zejść ze ścieżki, aby oznaczyć resztę drzew, a kiedy skończył, wrócił na dróżkę, aby udać się nią do leśniczówki. Zatrzymał się przy wielkim pniu, który był jedyną pozostałością po rosnącym tu niegdyś buku. Wsunął dłoń do kieszeni. Przez chwilę dotykał notesu. W końcu wyjął go i przekartkował. Był ciekawy, do kogo należał zeszyt. Na pierwszej stronie, w górnym prawym rogu, widniała wyblakła urzędowa pieczątka. Na jej widok w leśniczym rozbudziła się szybko rosnąca ciekawość, więc przerzucił kartkę i zaczął czytać. Choć jednocześnie szedł przed siebie, całą uwagę skupiał na nakreślonych zdaniach.
Minął powyginaną jak żmija sosnę.
***
Dotarłem do folwarku tuż po świcie. Właściciel, pan Wojciech Krymski, powitał mnie osobiście. Zapytał, jak minęła mi podróż, a potem zaprosił do środka na poczęstunek.
Usiedliśmy za dębowym stołem. Służba przyniosła jedzenie oraz wino. Grzecznie odmówiłem. Zamiast tracić czas na zbędne ceregiele, chciałem jak najszybciej zabrać się do pracy. A poza tym, gdy ktoś ma do czynienia z liczbami, lepiej, aby jego umysłu nie przyćmiewały procenty. Nie mogłem jednak oprzeć się pieczonym kuropatwom, które ustrzelił gospodarz – zapalony myśliwy, jak dowiedziałem się z jego opowieści.
Pan Wojciech wypił dwa puchary wina i zamiast przejść do rzeczy, opowiadał mi o swoich polowaniach. Pokazywał swoje trofea, które, muszę przyznać, robiły wrażenie. Najbardziej fascynujący był upolowany przez gospodarza w dalekiej Rosji niedźwiedź, teraz wypchany i stojący dumnie w kącie sali. W tym wszystkim jednak coś mi nie pasowało. Zamrugałem kilkakrotnie, chcąc upewnić się, że widzę wyraźnie. Wśród czaszek i poroży wisiał łeb domowej świni.
– Proszę mi wybaczyć. To wszystko jest bardzo interesujące, ale przyjechałem tutaj do pracy. Czy możemy przejść do konkretów? – Czułem, że pieką mnie policzki. Nie było to grzeczne posunięcie, ale czas naglił.
– Taki pan prędki do roboty? Dobrze. Zatem przejdźmy do rzeczy. – Właściciel folwarku pogładził wąsa. – Chcę sprzedać trochę lasu, tylko problem polega na tym, że przez lata nie pomyślałem o stworzeniu dokładnej mapy moich, że się tak wyrażę, włości. Granice swoje znam lepiej niż własną kieszeń, ale gdy dojdzie do sprzedaży, to… ja wiem, czy nie oddam za dużo za zbyt niską cenę? – Rozłożył ręce. – Dlatego nająłem pana. Pan się zna jak mało kto. Proszę, aby podzielił pan mój las na takie… obszary… regiony… zwał, jak zwał. Pan wie, co mam na myśli. – Skinąłem głową. – Doskonale. Chyba serce by mi pękło, gdybym oddał obcemu piędź ziemi więcej, niż przewidywałaby umowa. – Pan Wojciech pociągnął z pucharu.
– Sporządzę taką mapę i oznaczę granice oddziałów.
Gospodarz klasnął w dłonie. Zaśmiał się, a pogodny uśmiech rozświetlił mu twarz.
– Wiedziałem, że pan nie jest byle fajtłapa. Dobrą decyzję podjąłem, aby to pana wynająć do tego zadania. – Nagle zmienił się wyraz jego oblicza; rysy wygładziły się, a wzrok utkwił gdzieś ponad mną. – W pierwszej kolejności zależy mi na północnej części lasu…
– Nie widzę problemu. Tam zacznę swoją prace. Mam jeszcze pytanie. Czy istnieje może jakaś mapa tego terenu? Wie pan, muszę jakoś dotrzeć do celu.
– Pewnie, że jest. Ale z samymi drogami. – Właściciel folwarku ruszył w stronę regału. Po chwili wyjął zwinięty papier w rulon. Podszedł i podał mi go. – Robił ją dla mnie… – urwał i zacisnął usta. Zauważyłem, że w jego oczach zamigotał niepokojący błysk. – Ktoś tam, nieistotne. – Pan Wojciech zajął swoje miejsce, a kiedy usiadł, nachylił się w moim kierunku. – Musi pan wiedzieć, że w lesie łatwo się zgubić… łatwo pójść nie tą ścieżką, co potrzeba…
Zacisnąłem dłoń na widelcu i przekrzywiłem głowę. Słowa gospodarza jakoś dziwnie mnie uderzyły, jednak po chwili uznałem, że przez właściciela folwarku przemawia troska. W końcu nie znałem tutejszego terenu.
– Proszę się przygotować. Za niedługo woźnica zawiezie pana na miejsce. – I poszedł sobie, pozostawiając mnie samego.
Zanim odszedłem od stołu, minęła chwila. Czułem się dziwnie, tak jakby nie wszystkie karty zostały wyłożone na stół. Wstałem i ruszyłem do wyjścia. Dwanaście, trzynaście, czternaście, z każdym postawionym krokiem liczby przeskakiwały w moim umyśle. Zabrawszy swoje rzeczy, wyszedłem na podwórze.
Padało i wiało bez końca. Wozy grzęzły w błocie. Mieszkańcy folwarku nie spędzali na zewnątrz więcej czasu, niż było to konieczne.
– Przepraszam. – Poczułem, jak ktoś dotyka mojego ramienia. – To pan ten nowy mierniczy? Waszmość Stefan Wierzbowski? – Odwróciłem się i zobaczyłem miętoszącego czapkę wieśniaka.
– Wierzbicki – poprawiłem go.
– Będę pana wieźć, ale… tylko… – Widziałem po nim, że się waha. – Ja… – Patrzył mi pod nogi.
– Proszę powiedzieć, w czym rzecz. – Klepnąłem go w ramię, aby zachęcić do mówienia.
– Dostarczę… ale tylko do wsi, dalej żaden czort mnie nie podkusi jechać.
– Dlaczego?
– Tam jest droga… – Przeżegnał się. – Ja i moja klaczka nogi tam nie postawim.
Załamałem ręce i spojrzałem z politowaniem w niebo. Zza rogu wyszła otyła kobieta niosąca gliniany dzban.
– Pan go nie słucha. Wypił więcej i zgubił się w lesie, a teraz bajdurzy.
– Wiem, co mówię! Baba głupia… Boże uchowaj. – Znów się przeżegnał.
– Dobrze. Zawieź mnie do wsi, dalej pójdę pieszo. Jedźmy już. Dzień krótki, a pracy dużo. – Wsiadłem na tył furmanki i zastanawiałem się, czy istnieje w tym kraju wieś, której ludność nie wierzy w gusła i zabobony.
Jechaliśmy rozklekotanym wozem po wyboistej drodze w kierunku wsi. Przez całą podróż woźnica ani razu się do mnie nie odezwał. Ja również milczałem. Rozłożyłem na kolanach podarowaną mi mapę i uważnie ją przestudiowałem. Rzeczywiście do północnego rejonu lasu wiodła linia, która zanikała w połowie. Będę musiał ją uzupełnić, pomyślałem.
Mężczyzna zatrzymał się i oznajmił, że dalej nie pojedzie. Koń parsknął i uderzył kopytem w błoto, jakby popierał swojego pana. Po mojej prawej stronie znajdowały się skromne chaty, a po lewej rozciągała się zmoczona deszczem głusza, w którą musiałem się zanurzyć.
– Będę tu na waszmościa czekał. Gdy pan skończy, to wejdzie między chałupy. Jednak uważać trza na nią… ona… zawsze jest taka samiutka.
Smagnął batem konia i odjechał. Wóz kołysał się i powoli robił się coraz mniejszy.
– Bajki ciemnoty – mruknąłem pod nosem i chwyciłem torbę.
Do przejścia miałem spory kawałek.
***
Podążałem rozjeżdżoną drogą łączącą wsie. Nikt mnie jednak nie mijał ani nikogo nie widziałem. Jedynie kilka saren przemknęło mi przed nosem, ale i one nawet na mnie nie spojrzały.
Na szczęście przestało padać. Na drugie szczęście wziąłem ze sobą buty za kostkę. Pantofle już dawno pogubiłbym w tym trzęsawisku. Błocko mlaskało przy każdym kroku, jakby moje stopy dawały pocałunki glebie. Z liści spływały krople wody.
Rozwinąłem mapę i określiłem swoje położenie. Musiałem odbić lekko na wschód. Spojrzałem na zegarek i odetchnąłem z ulgą. Czasu do zmierzchu pozostawało sporo i żywiłem nadzieję, że uda mi się przed wieczorem rozrysować chociaż jeden oddział.
Szedłem przy świerkowym młodniku. Las wydawał się cichy, czasem aż zbyt cichy, choć wciąż jeszcze spływające z liści krople szeleściły nimi, jakby cały czas padało. Żaden podmuch wiatru nie poruszał gałązkami drzew, jakby knieja wstrzymywała oddech. Tylko w jakim celu?
Nadepnąłem na patyk, który pękł z chrzęstem. Zatrzymałem się i przygryzłem policzek od środka. Spojrzałem przez ramię. Nie opuszczało mnie przeświadczenie, że byłem obserwowany. Przełożyłem torbę z ręki do ręki i ruszyłem dalej. Wmawiałem sobie, żeby nie dać się ponieść emocjom, a tym bardziej nie wierzyć płatającemu figle umysłowi. Uciekłem w stare i sprawdzone rozwiązanie – wlepiłem wzrok w ziemię i zacząłem liczyć.
Dwieście osiemdziesiąt dwa. Do tylu dotarłem, gdy moim oczom ukazała się droga zaznaczona na mapie tylko do połowy.
Nie była to zarośnięta ścieżyna, jak początkowo myślałem, tylko dobrze utwardzony żwirem dukt. Krzaki na poboczach przycięto, a nawet postawiono znak informujący o tym, w jakim kierunku należało zmierzać, żeby dotrzeć do wsi. Pomyślałem sobie, że pan Wojciech ma rozmach, tworząc w środku lasu taką drogę, której nie powstydziłoby się niejedno miasto powiatowe.
Ale zaraz!
Podrapałem się po czuprynie.
Strzałka na tabliczce była skierowana w złą stronę.
Przesunąłem palec po mapie i postukałem w ciemniejszą plamkę symbolizującą wieś.
– Jak byk południowy zachód. Ktoś się pomylił.
Podniosłem głowę. Poczułem, jak nieoczekiwany skurcz zaciska mi pętlę wokół żołądka, a ręce zaczynają drżeć.
Strzałka wskazywała właściwy kierunek.
Nie mogłem w to uwierzyć. Nie mogłem też ruszyć się z miejsca, jakbym był przyspawany do podłoża. W mojej głowie kotłowały się najróżniejsze myśli. Wpatrywałem się w tabliczkę jak w najdziwniejszą rzecz, jaką w życiu widziałem.
Z odrętwienia wyrwało mnie skrzypienie kół. Drogą jechał kolebiący się na boki wóz wyładowany drewnem.
Woźnica nie zatrzymał się, nie zapytał, czy się zgubiłem, czy nie potrzebuję pomocy, tylko omiótł mnie zimnym spojrzeniem i przeżegnał się. Byłem przekonany, że dodatkowo skrzyżował palce za plecami.
Przyłapałem się na tym, że rozglądałem się wokół jak bojaźliwy chłop, który wierzył w nierealne strachy. Im dłużej tam stałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że powinienem już się ruszyć. Nogi zaczęły mnie mrowić, jakby pragnęły ruchu. Przestałem zastanawiać się nad tajemnicą tabliczki. Chciałem po prostu iść. Stawiać krok za krokiem. Chyba nawet przyroda dała mi znak, bo w plecy dmuchnął mi wiatr.
Żwir chrzęścił pod podeszwami butów. Co jakiś czas natrafiałem na słupek graniczny i określałem jego położenie na mapie. Póki co wszystko się zgadzało.
Przy piątym słupku zaświtała mi w głowie myśl. Dlaczego mój poprzednik nie dokończył pracy?
Bo… może… Co się będę bawił w zgadywanki, dopowiedziałem sobie.
Słońce wyjrzało zza chmur i las od razu stał się milszy.
Zacząłem liczyć kroki, tym razem nie z przyjemności, a z obowiązku pracy. Między piątym a szóstym granicznikiem było sześćdziesiąt pięć kroków, czyli tyle, ile trzeba, ale pomiędzy granicznikiem szóstym a siódmym zrobiłem już tylko czterdzieści siedem kroków.
– Nie dziwię się, że nie zachowałeś roboty – powiedziałem na głos.
Zatrzymałem się przy jednym z ostatnich słupków i spojrzałem na zegarek. Wskazówki wskazywały pięć po pierwszej i trzy sekundy. Ruszyłem.
Siedem…
Dwanaście…
Dwadzieścia jeden…
Trzydzieści.
Była pierwsza pięć i czterdzieści trzy sekundy.
Puknąłem dłonią w zegarek. Przysunąłem go do ucha. Tykał, czyli się nie posuł. Tyle samo czasu, co wcześniej, ale mniej kroków, drapałem się intensywnie po czole, aż mnie skóra zapiekła.
– Hej! Proszę pana! – Serce podeszło mi do gardła, gdy usłyszałem zawołanie obcego. Byłem tak bardzo pogrożony w myślach, że nie zauważyłem pieszego. – To pan jest ten nowy mierniczy? – Przytaknąłem. Mężczyzna, nie za stary, nie za młody, szedł, nie zwalniając tempa. – Nareszcie ktoś zrobi porządek z tymi odległościami – powiedział, kiedy się ze mną zrównał. Wyczułem od niego woń alkoholu. – Ale czy to ma sens? I tak zawsze będzie tyle samo. – I jakby nigdy nic poszedł dalej, chwiejąc się.
Wydawało mi się, że od jakiegoś czasu jego postać nie malała, a przecież odszedł już dość spory kawałek. Zauważyłem, że mój oddech przyśpieszył. Czy to spotkanie, aż tak mnie zestresowało? Nie! Raczej, nie. Sam już nie wiedziałem.
Poczułem, jakby prąd przeszył mi nogi. Pomyślałem, że to umysł sam z siebie wysyłał mi sygnały, że tracę cenny czas, więc ruszyłem przed siebie.
Kilka metrów dalej droga zmieniała się ze żwirowanej w kamienisto-błotnistą.
Włożyłem rękę do torby i dotknąłem palików, jakby wyczucie ich opuszkami placów miało dodać mi odwagi.
Właściwą pracę zacząłem równo o pierwszej dwanaście.
***
Wbiłem pierwszy palik z niepokojącą łatwością. Już po pierwszym uderzeniu w ziemi zniknęła połowa znacznika. Rozwinąłem miarkę i przykucnąłem, aby położyć jej koniec na gruncie. Ręce trzęsły mi się, a stopy niemal mnie parzyły.
Ruch – tego znów zapragnąłem.
Nie czekając dłużej, ująłem bębenek taśmy i zacząłem ją rozwijać. Z każdym metrem szeleściła coraz bardziej, a mnie ogarniało coraz większe przeczucie, że coś zrobiłem źle. Nagle pojąłem to, co przeoczyłem. Nie zahaczyłem końca miarki o słupek, przez co pomiar nigdy nie wyszedłby dokładny. A przecież nie tego chciałem.
Odłożyłem taśmę na ziemię. Byłem na trzydziestym metrze. Wytarłem ubrudzone dłonie o spodnie. Nadciągały ciemniejsze chmury, a i w powietrzu znów dało się wyczuć wilgoć. Zmienił się też kierunek wiatru. Założyłem kaptur płaszcza przeciwdeszczowego na głowę i ruszyłem do słupka, przy którym zostawiłem torbę. Nie targałem jej ze sobą, bo pełna sprzętów nie należała do lekkich, byłoby mi z nią nieporęcznie. Taki miałem sposób pracy, zostawiałem torbę, rozmierzałem odległość, ustawiałem palik i wracałem. Wielu kolegów po fachu śmiało się ze mnie, że niepotrzebnie nabijam dodatkowe kroki, ale nie przeszkadzało mi to.
Po przejściu kilku metrów zaczęły łapać mnie skurcze w łydkach. Przypisywałem je temu, że cały dzień jestem na nogach i nie zażyłem odpoczynku. Po kolejnych dwóch czy trzech krokach oblał mnie zimny pot. Oddech rwał się, a każdy kolejny haust powietrza brałem z coraz większą trudnością. Wycierałem czoło dłonią i czułem, że pod płaszczem moje ubrania przesiąkają wilgocią.
Zachwiałem się i rozejrzałem za jakimś pieńkiem, powalonym konarem, suchym pniem, czymkolwiek, na czym mógłbym usiąść. Odsapnąć chwilę. Nic takiego nie zobaczyłem. Miałem jednak wrażenie, że zarośla odsunęły się od pobocza, a droga stała się szersza niż przedtem. Nie wiem, czy to przez to dziwne spostrzeżenie, czy przez złe samopoczucie, ale włoski na karku stanęły mi dęba i przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz.
Odchyliłem się i spojrzałem na chmury w odcieniu stali. Nogi cały czas mnie prowadziły. Małymi kroczkami podążałem naprzód. W pewnym momencie nie podniosłem stopy dość wysoko i zawadziłem butem o wystający korzeń. Upadłem twarzą w błoto. Zimne orzeźwienie przywróciło mi na moment przytomność umysłu. Próbowałem podnieść się na rękach, ale nie starczało mi sił. W głowie mi wirowało, a cała energia wyleciała ze mnie, jakby ktoś celowo mnie jej pozbawił.
Wczepiłem palce w ściółkę. Przygryzłem wargę i zebrałem się w sobie. Chociaż nie widziałem swojej twarzy, to jestem pewien, że była purpurowa z wysiłku. Czułem, jak żyła pulsuje mi na skroni.
Udało mi się uklęknąć. Wytarłem twarz i strąciłem kaptur z włosów. Były mokre, choć jeszcze nie padało, i przylizane. Popatrzyłem na torbę, która wydawała mi się oddalona o całe kilometry, a potem przeniosłem wzrok na miarkę.
Zatrzymałem się na dwudziestym drugim metrze.
Jak to wytłumaczyć?
Już paraliżowały mnie kolejne skurcze łydek. Ucisk w głowie stał się nie do zniesienia. Strużka śliny popłynęła mi po brodzie i w jednej chwili zaschło mi w gardle, jakbym od tygodnia nie miał wody w ustach. Zemdliło mnie; przestało, dopiero gdy stanąłem na nogach. Mój wewnętrzny głos grzmiał, abym szedł. Stać – to znaczyło tyle samo, co się poddać.
Sam nie wiem, jak mi się to udało, ale dotarłem do torby. Osunąłem się na kolana. Nie miałem siły nawet rozsunąć zamka, a ręce dygotały mi tak, że z trudem chwyciłem suwak. Wyjąłem butelkę wody i napiłem się. Z każdym kolejnym łykiem wracała mi jasności myśli, ale podskórny niepokój nie mijał.
Otarłem usta dłonią, a potem zaczepiłem koniec miarki o słupek. Na myśl o powrocie moim ciałem wstrząsnął dreszcz. Wycofanie się nie wchodziło w rachubę. Musiałem dokończyć to, co zacząłem.
Chwyciłem torbę, wstałem i zacząłem iść. Co jakiś czas spoglądałem w niebo i obserwowałem sunące po nim chmury.
Przeszedłem pod konarem brzozy.
Nie oddaliłem się od słupka dalej niż na dwadzieścia kroków, gdy potknąłem się i poleciałem bezwładnie w przód. Przeklęty korzeń, pomyślałem, gdy z ledwością utrzymałem równowagę. Już odwracałem się, by kopnąć wystającą z gruntu przeszkodę, gdy okazało się, że prawie przewróciłem się o drugi słupek.
Na taśmie widniał pięćdziesiąty metr. Granicznik tkwił w ziemi.
Przyjrzałem się drodze. Czyżbym się pomylił i mierzył nie od tego palika?, myślałem, przygryzając policzek od środka. Szarpnąłem taśmą. Nie poruszyła się. Od czego może to zależeć? Przecież oznaczyłem dopiero pierwszy. Uklęknąłem i sprawdziłem słupek. Nosił ślady uderzenia po moim młotku. Przypomniałem sobie upadek. Zemdlałem? Dotknąłem głowy, szukając rozcięcia lub guza.
Echo kroków, wpadające wprost do moich uszu, przeszyło las. Ten przeciągający się odgłos wyrwał mnie z zamyślenia i sprowadził na ziemię.
W moim kierunku szedł starzec i prowadził konia, chociaż w tym przypadku mogło być na odwrót.
Mężczyzna odziany w płaszcz nie podnosił wzroku. Oklejone błotem buty ledwo unosił nad ziemię i powłóczył nogami, jakby zaraz miały mu się skończyć siły. Mamrotał coś pod nosem, a jego podłużna twarz była blada. Koń, podobnie do swojego pana, nie wyglądał najlepiej. Zwieszał nisko łeb, a przez skórę widać mu było żebra.
Obserwowałem, jak bez żadnej reakcji przechodzą obok mnie. Stałem się niewidzialny?
– Chodź, chodź… – Starzec złapał za uzdę. – W jedną stronę to katorga, ale powrót będzie lżejszy.
Koń parsknął.
Zniknęli za zakrętem, a ja dopiero teraz wyszedłem na środek drogi. Co chciałem zrobić? Pobiec za nimi? Krzyknąć, aby się zatrzymali? Nie wiedziałem. Stałem jak wryty i patrzyłem przed siebie. Najdziwniejsze było to, że w głowie miałem pustkę.
Pochyliłem się i podniosłem torbę.
Postanowiłem rozmierzyć kolejny odcinek i oznaczyć go palikiem. Powtórzyłem czynności z miarką i poszedłem dalej. Przystanąłem jednak po zaledwie trzech krokach. Czy mi się wydawało, czy błoto było niewzruszone?
W grząskim gruncie nie widniał ani jeden odcisk podeszwy ani kopyta.
***
Zegarek chyba popsuł mi się na dobre. Wskazywał trzynastą pięćdziesiąt dwa, co wydawało mi się błędną godziną, zważywszy na czas, jaki poświęciłem do tej pory na pracę. Spoglądałem w niebo, starając się wypatrzyć słońce i na podstawie jego położenia określić godzinę, ale jak na złość skryło się za warstwą chmur.
Rozciągnąłem mapę. Według niej do północnego rejonu lasu miałem niedaleko. Liczyłem, że zdążę przed zmierzchem.
– Ten zegarek… – mruknąłem.
Zajrzałem do torby i stwierdziłem, że zostały mi już tylko trzy paliki. Niestety o cztery za mało, aby oznaczyć całą drogę. Najwyżej jutro tu wrócę i dokończę pracę nad drogą. Musiałem to zrobić, chociaż pan Wojciech mnie o to nie prosił. Przyszły kupiec z pewnością wolałby znać dojazd do nowych terenów, a nie błądzić po lesie.
Droga odbijała lekko w prawo, a zarośla znów tak gęsto pokrywały pobocze, że tworzyły tylko wąski przesmyk. Pomyślałem, że zamówieni przez pana Wojciecha drwale i tutaj będą mieli co robić.
Odmierzyłem pięćdziesiąt metrów i wbiłem słupek. Poszło gładko. Zadowolony, przesunąłem się dalej. Droga wiodła przez polanę. Na poboczu rosło jedno wyższe drzewo, pod którym przeszedłem.
– Wojciech zapewne je zetnie, bo w razie wichury może zablokować przejazd – powiedziałem, jakby ktoś mi towarzyszył. Zatrzymałem się i obejrzałem. Nikt ze mną nie szedł. Uśmiechnąłem się pod nosem i pokręciłem głową.
Ruszyłem dalej i poczułem na włosach smagnięcie nisko zwisających gałązek.
Brzoza. To była brzoza.
Przeszły mnie ciarki, gdy spojrzałem na kołyszące się na wietrze drzewo. Było w nim coś znajomego. Mój wzrok padł na odciski stóp.
– Starzec… ale gdzie koń? – powiedziałem do siebie, a podmuch wiatru poniósł moje słowa w knieję.
Zbrązowiała trawa porastała skraj pobocza i to właśnie tamtędy musiało iść zwierzę, tak przynajmniej sądziłem. Odetchnąłem z ulgą, bo przestraszyłem się, że miałem omamy wywołane zmęczeniem.
Wbiłem przedostatni palik i rozciągnąłem taśmę, aby zrobić ostatni pomiar.
Trzy metry przed pięćdziesiątką trakt zarósł doszczętnie. Przede mną widniała plątanina krzewów i pożałowałem, że nie zabrałem ze sobą siekiery. Mogłem przewidzieć, że podczas pracy w lesie może się przydać. Westchnąłem. Zmrużyłem oczy i zacząłem przeciskać się przez zarośla.
Słyszałem, jak niektóre z kolczastych gałęzi rozdzierają materiał płaszcza. Inne, na szczęście te bez kolców, chłostały mnie po twarzy i dłoniach. Sapałem i z wysiłku przygryzałem wargi. Parę razy zaczepiłem się ramieniem o wystającą jak kikut gałąź, której nie potrafiłem złamać. Musiałem się wtedy cofać o krok, aby uwolnić się z kleszczy. Najbardziej obawiałem się, że będę musiał wbić słupek w tym miejscu. Choć do końca zarośli pozostawał jeszcze kawałek, to wkrótce pod nogami zachrzęścił mi żwir.
Kiedy się stamtąd wydostałem, musiałem złapać oddech. Nie wiem czemu, ale gdy otaczała mnie ta masa roślin, zaczęło brakować mi powietrza. Czułem się jak mucha tkwiąca w pajęczej sieci. Zrobiłem krok i wpadłem w coś miękkiego. Stabilne, kamienne podłoże zamieniło się w dobrze mi znane błoto.
Na dokładny pomiar nie miałem co liczyć, bo taśma nie była prowadzona w linii prostej, dlatego postanowiłem wbić palik zaraz za gąszczem.
Uklęknąłem, ale nim chwyciłem młotek, przyjrzałem się rozdeptanemu błocku. Wszędzie znajdowały się jednakowe ślady, jakby ktoś z tego miejsca zaczynał każdą podróż. Może ktoś zabłądził?, pomyślałem i obiecałem sobie mieć oczy i uszy otwarte szerzej niż do tej pory. Nie wiadomo, kto czaił się w dalszej części duktu.
Złapałem palik i już miałem wbić go w podłoże, gdy spostrzegłem dziurkę w ziemi, w której tkwiła namoknięta kartka. Wyciągnąłem ją ostrożnie, aby się nie rozpadła.
Ona zawsze jest taka sama.
To było moje pismo.
Spojrzałem za siebie. Po gąszczu nie pozostał żaden ślad. Klęczałem przy pierwszym wbitym przeze mnie paliku. Odrzuciłem kartkę i wytarłem rękę o płaszcz.
Zegarek na moim nadgarstku tykał głośno… zbyt głośno.
Puls rozsadzał mi skronie, a ziemia jakby rozjeżdżała się pod nogami. Zamknąłem na chwilę oczy, a wtedy moje uszy wyłapały szmer gałęzi brzozy, który brzmiał niczym żałobna pieśń.
Podniosłem powieki.
Wskazówki stały na pierwszej dwanaście.
***
Leśniczy natrafił na ślad po wyrwanej kartce. Dotknął palcami postrzępionych brzegów. Spojrzał przed siebie i otrząsnął się, jakby dopiero co wyszedł z lodowatej wody. Zaburczało mu w brzuchu i ucieszył się, że niebawem wróci do leśniczówki, gdzie będzie czekał na niego obiad.
Zamknął dziennik, wsunął go do kieszeni i ruszył dalej.
Minął powyginaną jak żmija sosnę.
Czas czytania: ok. 20 minut
Gatunek: opowiadanie grozy
Hubert Piśkorski
Leśniczy podczas pracy znajduje stary pamiętnik, w którym opisana jest historia człowieka zajmującego się mierzeniem leśnej działki dla właściciela folwarku. Okazuję się jednak, że droga, którą szedł ów mężczyzna, aby dostać się do wyznaczonej części lasu, była zdradliwa. Była to droga, która nie wypuszczała tego, kto nią szedł. Czy dalej będzie bezpiecznie? A może im bardziej głębiej w las, tym robi się coraz ciemniej i mroczniej? Hubert Piśkorski stopniowo buduje napięcie w opowiadaniu: impulsywnie, gęsto, a czasem ponuro, aż chciałaby się zapalić światło, by wydostać się z macek półmorku.
HUBERT PIŚKORSKI
Ma 25 lat (2026 r.) i pochodzi z małej miejscowości niedaleko Częstochowy.
Na co dzień pracuje na etacie, a po nim oddaje się swojej, wielkiej pasji, jaką jest pisarstwo. A ta relacja zaczęła się pewnej jesiennej nocy w 2020 roku, gdy czytał "Łowca Snów" Kinga i oddając się lekturze, zapragnął tworzyć swoje historie.
Na początku nie było to łatwe, lecz z czasem spod jego palców (pisze głównie na laptopie) wyszły wymarzone opowiadania.
W swoim dorobku pisarza ma już publikacje w czasopismach: Histeria i Kwintesencja. Kilka audiobooków opracowanych przez Piotra z kanału na Yt "Zaczytany". Jest też autorem zbioru opowiadań przyrodniczych oraz jednym z twórców antologii fantasy. Zajmował też wyróżnione miejsca w konkursach.
Prócz pisania interesuje się muzyką, bez której nie potrafi wyobrazić sobie dnia. W gronie zainteresowań znajduje się też przyroda oraz sport, a w szczególności siatkówka i snooker.
Opowiedz o nas rodzinie, znajomym, kolegom, koleżankom i przyjaciołom.
U nas każdy znajdzie coś dla siebie do poczytania, czy to z rana, czy wieczorkiem...
Po pracy, po zajęciach, po szkole, po powrocie do domu.
(+48) 787 913 926 (preferowany kontakt SMS)
redakcja.atrament@o2.pl
Włocławek
Atrament to internetowe, nowoczesne czasopismo literackie, łączące różne style: od vintage po dark akademię. Chcemy być oryginalni. Publikujemy u nas wiersze, teksty zasłużonych wielkich mistrzów pióra z domeny publicznej, utwory początkujących autorów, i co najważniejsze, ciekawe, wciągające, zmuszające do myślenia artykuły, recenzje oraz zapowiedzi książek.
Media społecznościowe
A website created in the WebWave website builder.