Dziewczynka
Mówili półgłosem, ale i tak wyraźnie słyszałam ich rozmowę. Wnękę, w której stał mój tapczanik, dzieliła od łóżka rodziców tylko kotara i wszystkie słowa nachalnie pchały się do moich uszu. Nie potrafiłam ich jeszcze zrozumieć, ale zbierałam je jak ślimaki, pełzające po naszym ogródku. Po jakimś czasie umierały, ale ich skorupki odciskały w mojej pamięci trwałe ślady, pozostając czymś w rodzaju skamielin, pamiątką na wieki.
– To pokaźna suma. W końcu będziemy mogli kupić jej porządny rower – słowa ojca ułożyły się spiralnie, jak mała muszla gotowa zastygnąć na zawsze.
W naszej wsi porządne rowery miały tylko dzieci sołtysa i na dodatek otrzymywały je dopiero w podarunku pierwszokomunijnym. Każde dziecko marzyło o takim, ale ja byłam za mała nawet na marzenia.
– Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. – Wahanie w głosie mamy było zbyt słabe, by pozostawić po sobie choćby najmniejszą rysę.
– Za resztę będziemy mogli wyremontować łazienkę. Pomyśl, dziewczyna urośnie, zacznie sprowadzać chłopaków, wstyd będzie kogokolwiek wpuścić do środka, jeśli nie zrobimy tu jakiegoś remontu. Nie wiadomo, czy jeszcze trafi się taka okazja.
Miałam dopiero trzy lata i sprowadzanie do domu kogokolwiek było w moim przypadku sprawą dość odległą, ale mama też najwyraźniej wolała kuć żelazo, póki gorące.
– Może wystarczy jeszcze na remont kuchni… – Rozmarzyła się. – albo chociaż na nowy blat do starych szafek.
Potem zapadła cisza, przerywana jedynie cichymi jękami matki i sapaniem taty, te odgłosy znałam jednak dobrze i nie zaprzątałam sobie nimi głowy; były jak owady zatopione w odłamkach bursztynu – zjawisko dość pospolite i niewzbudzające sensacji.
Eksperyment miał trwać cztery tygodnie. Chodziło o badania nad stresem u dzieci, spowodowanym rozłąką z rodziną. Opracowano szereg testów, za pomocą których miano ustalić zmiany zachowania, związane z ograniczeniem bliskości i ich zależność od upływu czasu. Oczywiście, za wszystko gwarantowano pokaźne honorarium.
Zawieźli mnie tam razem i czule pożegnali. Obiecali, że wrócą. Być może powiedzieli nawet kiedy, sprytnie wykorzystując fakt, że czas był dla mnie pojęciem abstrakcyjnym. Do dziś pamiętam jak stałam w oknie i z uśmiechem machałam im na pożegnanie. Mama miała na sobie turkusową sukienkę w kropki (to tylko jeden liść paproci, odciśnięty w skale).
Na początku było całkiem miło. Wszystko mnie ciekawiło: inne dzieci, zabawki, panie, które dziwnie ignorowały moją obecność. Potem okazało się, że takie dostały zadanie, po prostu nie mogły okazywać nam żadnych uczuć.
Drugi dzień był znacznie gorszy. Rodzice się nie pojawili. Dzieci przestały mnie interesować, wszystkie zabawki zdążyłam już obejrzeć. Siedziałam w kącie, ssałam palec i kiwałam się w przód i w tył. Tkwiłam tam przez cały dzień, aż do wieczora. Czy nie byłam zbyt mała, by to zapamiętać? Być może, lecz żal i tęsknota pozostawiają w pamięci najgłębsze koryta. To coś jak odciśnięta w skale pięta samego Boga.
Następnego dnia znalazłam sobie przyjaciela. Była nim zabawka — Maleństwo, postać z bajki o Kubusiu Puchatku, którą oglądałam jeszcze w domu. Całe dni wtulałam się w jego niebieski sweterek. W pluszowe ciałko wsiąkały moje łzy.
Płacząc spędzałam większość czasu. Kiedy przestawałam płakać, zaczynałam się kiwać, kiedy kończyłam kiwanie – wracałam do płaczu. Przestałam jeść i z dnia na dzień stawałam się coraz słabsza. Bolał mnie brzuch, głowa, w końcu dostałam gorączki i zamknięto mnie w izolatce.
Tam przynajmniej jedna z pań co jakiś czas podchodziła do mnie i dotykała mojego czoła. Jej dotyk nieco koił mój ból. Pozwoliłam jej nawet nakarmić się zupą. Za chwilę jednak odpychałam jej rękę, wędrującą w stronę mojej głowy. Zupełnie jak porzucony w rowie pies, który nie pozwala się pogłaskać.
Kiedy wyzdrowiałam znów przeniesiono mnie na salę, do innych dzieci. Byłam przerażona. Krzyczałam i zasłaniałam uszy rękami. Nie chciałam słuchać ich płaczu. Zasypiałam zwinięta w kłębek w kącie sali; dopiero wtedy przenoszono mnie do łóżka.
Śniło mi się, że jestem w ciepłej torbie mamy Kangurzycy.
Przestałam mówić, zaczęłam znów sikać do majtek. Lubiłam być przebierana, miałam wtedy swój czas, chwilę istnienia. Nauczyłam się wchodzić na regał i parapet, z których za każdym razem zdejmowały mnie jakieś ręce. Tylko w ten sposób mogłam zwrócić na siebie uwagę.
Po dwóch tygodniach zadzwonili rodzice. To była część eksperymentu: obserwowano jak zareaguję na ich głos. Kiedy tylko ich usłyszałam – odepchnęłam od ucha słuchawkę i rozpłakałam się. Nie chciałam mieć z nimi do czynienia. Czy mój trzyletni umysł był w stanie wymyślić taką zemstę? Nie, to nie ja, to małe sprytne nierówności, nośniki minionych chwil rządziły moim ciałem.
Po tym telefonie mama ponoć zaczęła się łamać, ale tata przemówił jej do rozsądku:
– Skoro już tyle wytrzymaliśmy, wytrzymamy jeszcze te czternaście dni. Przecież tak dużo się już wycierpiała. Byłby to niepotrzebnie zmarnowany czas, bezsensowne męczenie dziecka. Tylko dwa tygodnie i rower należy do niej. No i ta łazienka, inaczej nigdy nie będzie wyglądała, jak należy.
Mama w końcu przyznała mu rację i w ten sposób zostałam tam do skończenia świata.
Kiedy nareszcie przyjechali po mnie, nie zamierzałam z nimi wracać. Przylgnęłam do nogi od stołu, mocno ściskając w dłoni Maleństwo. Krzyczałam, gdy się do mnie zbliżali. Ojciec siłą oderwał mnie od mebla, ale wpadłam w taką histerię, że musiano podać mi coś na uspokojenie.
W domu czekał na mnie śliczny różowy rowerek.
– To za to, że byłaś taka dzielna. – Tata uśmiechnął się, gładząc mnie po głowie. – Zasłużyłaś na niego.
Nie wiem, czy byłam na tyle duża, by cokolwiek rozumieć, ale mój psychiczny kręgosłup składał się już z odcisków dziesiątek szkieletów i muszli i zdawał się decydować o pewnych rzeczach za mnie.
Jeszcze tego samego dnia zrobiłam na środku pokoju kupę i wysmarowałam nią rower: od kierownicy aż po bagażnik. Ojciec był na mnie wściekły i za karę zabrał mi mojego pluszowego przyjaciela. Zaczęłam wrzeszczeć i w spazmach rzucać się po ziemi.
– Przez ten brak zakazów zrobiła się niemożliwa – stwierdził z niesmakiem. – Trzeba będzie solidnie wziąć się za jej wychowanie.
Rodzice wyremontowali łazienkę. Położyli w niej jasnobeżowe płytki ozdabiane małymi wytłaczanymi listkami; nikt w całej wiosce nie miał takich pięknych. Kupili nową armaturę, sedes i wannę. Do kąpieli w niej jeszcze przez parę lat pakowano mnie siłą.
Uważano, że przez czas odosobnienia nabawiłam się wodowstrętu.
***
Odkładam długopis i jeszcze przez chwilę wpatruję się w siebie. Kiedy człowiek oddali się od własnej skorupy — zaczyna rozumieć, choć to i tak niczego nie zmienia. Można nawet policzyć wszystkie zagłębienia, dotknąć każdą skamieniałą cząstkę, ale nie da się zmienić tego, co zrobił czas. Jedyne co można – to na chwilę, na krótką chwilę zapomnieć. Wlewam do ust lekarstwo i opieram się łokciami o drewniany blat barku.
– Jeszcze jeden. – Podnoszę kieliszek do góry, łapiąc wzrok kelnera.
Przeglądam notatki, a potem jak co wieczór — drę papier na drobne kawałki. Przepołowione zdania krwawią. Wyrazy domagają się złączenia, ich jęk wypełnia całą moją głowę.
– Macie za swoje. – Mnę w dłoniach strzępy przeszłości.
Przez chwilę istnieję tylko w tym momencie, choć wiem, że to złudzenie. Wlewam do ust kolejną porcję nadziei.
– Zbieraj się. Zamykamy.
Zabieram torebkę i opuszczam lokal. Wiatr tańczy w gałęziach drzew, porywa z ziemi liście. Zdejmuję buty i pląsam razem z nim. Moje stopy lekko unoszą się nad ziemią. Do przodu, do tyłu; rozkładam ręce i wirujemy razem. Pozwalam mu prowadzić, jest doskonałym partnerem. Jesteśmy tylko my, nic nas nie ogranicza. W końcu oboje upadamy na wilgotną ziemię i śmiejemy się głośno. Potem zapraszam go do mojego mieszkania i kochamy się długo, słuchając muzyki deszczu. Jest mi dobrze, czuję się, jakbym wygrała w szachy z własnym życiem.
Rano jak zwykle budzę się sama. Tylko jeden zabłąkany w pościeli liść przypomina o minionej nocy. Wstaję i zaparzam dwie kawy. Dla mnie i dla niego. Może wróci.
Biorąc prysznic, myślę o grobach rodziców, których nigdy nie widziałam. O zniczach, których nigdy nie zapaliłam i kwiatach, których ode mnie nie dostali. Myślę też o dzieciach. O smutnych oczach i o łzach, które płynęły po policzkach, kiedy je zabierali. O wgłębieniach w skałach, wielkich jak szkielety dinozaurów.
W niedzielę do nich pojadę, tym razem na pewno.
Czas czytania: ok. 10 minut
Gatunek: opowiadanie obyczajowe
Katarzyna Lewandowska
Narratorką w opowiadaniu K. Lewandowskiej jest trzyletnia dziewczynka. Punktem wyjścia opowieści jest podsłuchana przez nią nocna rozmowa jej rodziców w ich sypialni. Zostaje jej obiecany pewien prezent, lecz nie jest to żadna lalka. Ten prezent byłby spełnieniem marzeń dla dziecka, chodzącego do szkoły podstawowej, ale nie dla trzyletniej dziewczynki. Więc dlaczego rodzice zamierzają jej to kupić? Chcą jeszcze zrobić remont łazienki, ale skąd wziąć pieniądze... Na horyzoncie pojawia się szansa wzięcia udziału w eksperymencie. Ich córka ma stać się przedmiotem badań.
KATARZYNA LEWANDOWSKA
Prozatorka. Malarka. Pedagożka. Animatorka kultury. Urodziła się i mieszka w Rzeszowie.
Publikowała w czasopismach „Fraza”, „Post Scriptum”, „TY.TU.Ł Literacka Wataha” oraz na portalach E-Prawda i Moja Przestrzeń Kultury. Z sukcesem brała udział w konkursach literackich. W kwietniu 2024 roku ukazała się jej pierwsza książka - zbiór opowiadań „Krzesło” (Moja Przestrzeń Kultury), który wyróżniony został w plebiscycie „Książka Roku 2024” na portalu Pisarze Polscy.
W marcu 2025 roku ukazała się jej pierwsza powieść „Najzabawniejszy kawał świata” (Seqoja).
Z wykształcenia pedagog specjalny i plastyk. Pracuje z dziećmi i młodzieżą o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Prowadzi Akademię Twórczego Rozwoju, organizuje warsztaty artystyczne dla dzieci i dorosłych.
Poza literaturą jej pasją jest malarstwo akwarelowe. Swoje prace prezentuje na wystawach zbiorowych i indywidualnych. Laureatka konkursów plastycznych. W wolnych chwilach pochłania ksiażki i podróżuje z aparatem.
Opowiedz o nas rodzinie, znajomym, kolegom, koleżankom i przyjaciołom.
U nas każdy znajdzie coś dla siebie do poczytania, czy to z rana, czy wieczorkiem...
Po pracy, po zajęciach, po szkole, po powrocie do domu.
(+48) 787 913 926 (preferowany kontakt SMS)
redakcja.atrament@o2.pl
Włocławek
Atrament to internetowe, nowoczesne czasopismo literackie, łączące różne style: od vintage po dark akademię. Chcemy być oryginalni. Publikujemy u nas wiersze, teksty zasłużonych wielkich mistrzów pióra z domeny publicznej, utwory początkujących autorów, i co najważniejsze, ciekawe, wciągające, zmuszające do myślenia artykuły, recenzje oraz zapowiedzi książek.
Media społecznościowe
A website created in the WebWave website builder.