Burza
Nie mogę przestać o tym myśleć. Pocą mi się dłonie, a serce wali jak młotem. Czuję, że gdzieś tam, wśród wszechświata, woła mnie głos – ten sam, który szeptał poprzednim pokoleniom mojej rodziny. Ten, który nawoływał, abym wypełnił swoją powinność. Tylko czym ona była w rzeczywistości? Na to pytanie nigdy nie znalazłem odpowiedzi – i już nie znajdę. Nie mogę. Pozostaje ukryta głęboko, poza zasięgiem mojego rozumowania. Choćbym wypruł sobie żyły i flaki, nie poznam odpowiedzi, mimo że tkwi we mnie. Tak samo tkwiła w moim ojcu, dziadku i ich ojcach, i dziadkach. Tylko że im brakło sił, aby ją odnaleźć.
Ta odpowiedź przechodzi z pokolenia na pokolenie, a cały czas pozostaje niedostępna. I ta pieprzona powinność. Zmusza mnie, abym to zrobił; tak cholernie tego nie chcę, lecz muszę. Czy wystarczy mi sił, aby przerwać łańcuch? Nie rozumiem, po co miałbym to robić? Jednak całym sobą czuję, że to mój obowiązek. Jak mam się do tego zabrać? Sam nie wiem. Mój tata miał te same obawy, lecz gdy to przyszło i wrócił tamtego listopadowego wieczoru do domu, uśmiechnął się lekko i rzekł:
– Kamień spadł mi z serca.
Czy mnie też spadnie? Czy pójdzie mi tak gładko, jak ojcu? Kurwa, wątpię.
Próbuję zebrać myśli i się uspokoić. Za oknem zapadła już noc i pada deszcz. Krople przyjemnie stukają o szyby – gdybym nie był tak przejęty, z pewnością zasnąłbym nad kartką papieru. Niestety Morfeusz mnie omija, a ja piszę, muszę pisać, taka moja powinność. Chcę wyjaśnić kilka spraw; nie żeby się wybielić i mamić ludzi, że „ojej, ale miałem trudne dzieciństwo, tatuś pił, mamusia nie zajmowała się domem, pies mnie gryzł, a koledzy zamykali w kiblu”. Co to, to nie.
Dzieciństwo miałem względnie dobre, aczkolwiek bez fajerwerków. Po prostu takie, że nigdy brudny nie chodziłem, w brzuchu nie burczało i nawet znalazł się ktoś, z kim pogadałem o moich dziecięcych problemach. Wiecie, o co chodzi. Jednak czułem też, sam nie wiem, jak odbierałem takie sygnały, że w mojej rodzinie nie wszystko układało się tak, jak powinno. Zapytacie: dlaczego? I odpowiem, że przez powinność. Tę pieprzoną w dupę powinność. Nie lubicie przekleństw? Trudno! Kotłują się we mnie emocje, których utrzymanie graniczy z cudem.
Szkoda, że nie słyszycie, jak pada. Ooo, zaczęło wiać! Jak przyjemnie szumi. Jakby śpiewano kołysankę, która i tak nie zdoła mnie uśpić. Tej nocy nie zmrużę oka, będę pisał, aż skończy mi się atrament, a potem pójdę i wykonam POWINNOŚĆ. Tak muszę zrobić. Czuję to. Zanim jednak to nastąpi, opowiem o wszystkim. Co mi tam, niech się świat dowie, przecież to żadna tajemnica. I tak sąsiedzi określali nas jako „przeklętą rodzinę” i – kurwa! – ani trochę się nie pomylili.
Myślicie pewnie, że mi odbiło? Ha! Ha! Ha!
Ani trochę, jestem śmiertelnie poważny. Czy robiłbym sobie żarty, mając na wyciągnięcie ręki naładowany trzema nabojami (tylko tyle pozostało mi w paczce) rewolwer, nóż oraz mocny sznur? Wybaczcie, jeszcze jestem niezdecydowany, ale wiem, że gdy nadejdzie, wybiorę właściwie. A on przyjdzie tej nocy, to pewne jak amen w pacierzu. Muszę szybciej przejść do rzeczy, bo nie chcę, żeby złapał mnie, gdy będę jeszcze ślęczał nad kartką i gryzmolił zdania. Gdy przyjdzie, chcę być gotowy.
Chciałem napisać, że to zaczęło się… no właśnie, kiedy? Szkoda, że nie mam przed sobą drzewa genealogicznego familii, może wtedy udałoby mi się mniej więcej określić początek. No nic, posłużę się wspomnieniem opowieści przekazywanych w mojej rodzinie. Jako dziecko bardzo je lubiłem. Pamiętam, jak przechodziły mnie ciarki, gdy ich słuchałem, a potem mama krzyczała na mnie, gdy moczyłem się w nocy. Stare czasy.
Jednak pewna historia utkwiła mi szczególnie w pamięci i jest we mnie nadal żywa. Nie wiem, czy mogę tak powiedzieć, ale spaja mnie w całość. Myślę, że jest ona początkiem POWINNOŚCI, a przynajmniej może nim być.
Mój przodek Edward pracował w kopalni. Był górnikiem – tak lepiej to brzmi. Co wydobywał i gdzie znajdowała się ta kopalnia, to chyba tylko jeden Bóg wie. Jak tak teraz się nad tym zastanawiam, to wydaje mi się, że ta informacja pozostała niedopowiedziana, ilekroć słyszałem tę historię. Mniejsza z tym. Co ważne – pewnego razu jeden z korytarzy się zawalił i grupa górników została odcięta.
Jako ciekawostkę wspomnę, że swego czasu zająłem się szukaniem wiadomości o tym wydarzeniu i nie natrafiłem w żadnej starej gazecie ani bibliotecznych archiwach na głoszący o tym wpis. Babcia i jej matka zarzekały się jednak na wszystkie świętości, że tak było.
Mój praprapradziadek został uwięziony razem z kolegami pod ziemią. Kończył im się tlen, a pomoc nie nadchodziła. Ratownicy nie działali wówczas, w dziewiętnastym wieku, tak sprawnie, jak teraz. Kilku górników zmarło tam, w tym tunelu, a ja widziałem nieznane groby, które mogły należeć do nich.
Tymczasem ta grupa, która jeszcze żyła, starała się przebić przez ścianę, aby wejść do innego korytarza, biegnącego równolegle. Udało im się, bo – jak opowiadała babcia – usłyszeli wołanie, które dodało im sił. Kto ich wołał i po co, też trudno stwierdzić. Dziadek natomiast mówił, że nie usłyszeli byle jakiego wołania, tylko każdy usłyszał swoje imię wypowiadane przez usta ukochanej osoby i to dodało im sił. Starsi ludzie, zwłaszcza wychowani na prowincjach, wierzyli w takie opowieści. Czy ja także? Jako dziecko – tak, teraz – nie.
Świeca mi się dopala. Czekajcie, muszę przynieść nową… albo nie, jak odejdę od stołu, to już nie wrócę. Zastanawiacie się, czemu nie zapalę światła? Ta historia potrzebuję trochę mroku, aby w pełni wybrzmiała. Pocę się jeszcze bardziej. Jest chłodno, a mi robi się duszno, prawie jak tym górnikom w tunelu. Aż tak wczułem się w historię? Wracajmy zatem do opowieści.
Górnicy przebili się przez cienką ścianę i natrafili na nowy korytarz, którego jeden koniec był również zasypany. Edward poszedł tym przejściem, a jego towarzysze podążyli za nim; robiło się coraz goręcej. Po drodze zmarło pięciu, prawdopodobnie z odniesionych ran i wyczerpania.
Jezu, jak jest ciepło w pokoju. Wycieram czoło rękawem, aż mi już mokry materiał lepi się do skóry.
I tutaj dochodzimy do kolejnej rozbieżności, bo babcia uważa, że przodek dotarł do części kopalni, która już dawno przestała być użytkowana, a dziadek twierdzi, że doszedł do czegoś w rodzaju groty. Takiej, wiecie, z wodą płynącą po ścianach, stalaktytami i temu podobnymi. Gdzie dotarł tak naprawdę, to tylko on wiedział. A głosy, które usłyszeli górnicy, rozbrzmiały na nowo. Rozchodziły się w ciem…
Kurwa, ale walnął piorun. Aż mi stół podskoczył. Prawie mnie błysk oślepił.
Rozchodziły się w ciemności, dolatywały z różnych stron, jakby te krzyczące osoby się poruszały. Górnicy, słysząc swoich bliskich, ruszyli w ich strony. Tylko mój praprapradziadek, choć słyszał głos swojej małżonki i czuł, że śmierć depcze mu po piętach, nie ruszył się z miejsca. Podobno w całej grocie – lub starej części kopalni – waliło siarką, aż oczy łzawiły. Co ponadto było dziwne? To, że nieopodal w uchwycie tkwiła paląca się pochodnia, której blask ginął w mroku. Dawała ledwie odrobinę światła. Przodek zawołał swoich kolegów, lecz nie odpowiedzieli. Cisza dzwoniła w uszach.
Szkoda, że mnie nie dzwoni. Cholerne grzmoty. Że też akurat teraz musiała przyjść burza.
Krzyknął jeszcze parę razy – i nic. Zbliżył się do pochodni, a wtedy coś zaszemrało w kamieniach. Huknęło, a sufit się osunął. Zawalił wejście do tego pomieszczenia – to, przez której przed chwilą weszli! To jednak nie koniec opowieści. Domyślam się (babcia i dziadek nie wdawali się w takie szczegóły), że Edward stał zdezorientowany. Może płakał lub się modlił. Na pewno kłębiły się w nim skrajne emocje, a przede wszystkim ta prymitywna lub – jak kto woli – impulsywna chęć ocalenia życia.
Przodek zabrał pochodnię, która nadal się żarzyła i wstał z kolan, otrzepał się z pyłu oraz kurzu i ruszył zaczynającym się w grocie korytarzem w górę. Jakie miał inne wyjście? Pewnie liczył, że uda mu się znaleźć pomoc. Ja za nic w świecie nie chciałbym czuć tego, co czuł on w tamtym momencie. Pomyślcie tylko. Pozostał sam pod ziemią, zasypany i tylko z pochodnią, która w każdej chwili mogła zgasnąć. Koszmar. Jednak w tym całym okropieństwie rozbrzmiał głos.
– Dobranoc tato! – Mój syn woła z korytarza. Niesamowite, że dokładnie w tym momencie, w którym opisuję głos.
– Tak, tak, dobranoc, syneczku. Śpij spokojnie – odpowiadam.
Przepraszam, nie wypadało nie odpowiedzieć synowi. Wyrósł mi chłopak, jak na drożdżach. Już, już, wracamy do kopalni.
Ten głos rozbrzmiewający w podziemiach brzmiał jak głos kolegi Edwarda i wołał mojego przodka po imieniu. Nie dziwi więc, że prapradziadek nie myśląc, zerwał się do biegu w stronę, z której dochodził krzyk. Za zakrętem odnalazł rannego kompana. Opierał się on o ścianę, cały zakrwawiony, i trzymał się za brzuch. Przodek starał się mu pomóc, lecz William tylko mówił:
– Nie chciałeś przyjść do niego, choć cię wołał, to on przyszedł do ciebie.
Przodek zignorował jego słowa, uznając je za majaczenia człowieka w szoku.
– Wyjdziemy stąd – rzekł, próbując podnieść kolegę.
Pochodnia, którą praprapradziadek odłożył, przygasła, a skóra rannego pociemniała. Edwardowi na pewno wydało się to dziwne, chociaż nie wiem… mnie na bank by się wydawało. Oczy Williama wypełnił mrok, który zdawał się pustką, jakiej wszechświat nie widział.
– Wyjdziesz stąd, jeśli mnie posłuchasz – powiedział ranny.
Oho! Słyszę kroki, ale wiem, kto się zbliża. Na szczęście jeszcze nie ON. To żona skończyła oglądać telewizję i ciągnie mnie do sypialni.
– Daj mi jeszcze pięć minut! Zaraz do ciebie przyjdę! – krzyczę.
Trochę żal, że skłamałem, ale nie wyjdę stąd za pięć, dziesięć czy trzydzieści minut. Ale przyjdę do niej tej nocy, tego może być pewna, i przyprowadzę ze sobą moją POWINNOŚĆ. Lecz póki co, muszę skończyć opowiadać wam o mojej rodzinie.
Nadal jesteśmy w kopalni razem z moim przodkiem. Kolejny wstrząs poruszył ziemią i następne głazy zaczęły się osuwać, aż zastawiły jedyną drogę na powierzchnię. Edward wraz z Williamem zostali odcięci – i to tak na amen. Wpadli jak śliwki w kompot. Czekała ich powolna śmierć z braku tlenu, jedzenia czy wody. Zrezygnowany praprapradziadek usiadł na ziemi i zapłakał, a towarzysz wyszeptał mu słowa, których dziadek ani babcia nie pamiętają (lub pamiętać nie chcą). Ale przy kolejnej wymianie zdań górników już w pamięci dziadków nie pojawiały się czarne dziury.
– Jak bardzo cenisz swoje życie? Jest ono tego warte? – zapytał ranny.
Edward przytaknął. Ranny uśmiechnął się chytrze.
– Pomóż mi wstać, a cię wyprowadzę.
Praprapradziadek zawahał się, na pewno bił się z myślami, lecz w obliczu śmierci głodowej lub z braku tlenu zdecydował się skorzystać z ostatniej deski ratunku, choćby tej najdrastyczniejszej. Podał rękę koledze i szarpnął. Wówczas but ześlizgnął się ze stopy Williama i zamiast niej Edward ujrzał owłosiony goleń zakończony kopytem. Lecz było już za późno.
Ocalał jako jedyny z katastrofy. Ratownicy odnaleźli go na wpół przytomnego przed masywem kamieni, które zawaliły korytarz. Najciekawsze było to, że obok praprapradziadka pozostały odciśnięte w pyle ślady kopyt. Ale faktycznie wrócił cały i zdrowy do domu, z tym że przez pewien czas szeptał:
– Muszę spełnić swoją powinność.
Tak kończy się historia mojego przodka, a może właśnie zaczyna? Już sam nie wiem. Wiem natomiast jedno: tak właśnie POWINNOŚĆ spadła na moją rodzinę.
Teraz muszę zebrać myśli. Kurczę, ale mam ochotę zagrać na gitarze. Szkoda, że nigdy nie trzymałem jej w ręku. Chyba popadam w obłęd. Rewolwer, nóż czy sznur? Co byście wybrali? I tak mi nie powiecie. Świeca jeszcze nie gaśnie, choć wosk niemal się stopił. Pal to licho. Piszę dalej, jeszcze mam trochę do opowiedzenia.
Pamiętacie, jak mówiłem wam, że sąsiedzi określali moją familię „przeklęta”? Zastanawiacie się pewnie dlaczego. Już śpieszę z odpowiedzią.
Edward miał kilkoro dzieci. Gdy wrócił z kopalni, szeptał jedno zdanie i jego żona zaczęła się o niego martwić, lecz lekarz zdiagnozował, że to szok. W sumie nie ma się co dziwić. Tkwić pod ziemią i nie móc wyjść – to straszne.
Ooo, płomień gaśnie, dobrze, że wiatr rozgonił burzę i księżyc wyjrzał zza chmur.
Minął rok od wypadku w kopalni i praprapradziadek odzyskał przejrzystość rozumu; już nie bredził, nie miewał koszmarów. Drugi rok także mijał spokojnie, aż do czasu rocznicy tamtego wydarzenia. Z opowiadań dziadków wynikało, że tamtego dnia zachowanie Edwarda się zmieniło. Znów majaczył i przejawiał wobec członków rodziny agresję. Pił wódkę od rana i powtarzał:
– Przyszła po mnie, tak jak obiecał.
Wszyscy dopytywali, kto przyszedł i kto obiecał, lecz praprapradziadek milczał. W pewnym momencie się rozpłakał, gdy był już mocno wstawiony.
Powiem wam w sekrecie, że ja także mam obok siebie szklaneczkę whisky i butelkę. O rany! Już prawie połowy nie ma. W tym jednym jestem podobny do Edwarda.
W końcu nadeszło późne popołudnie. Praprapradziadek się trząsł; jego żona chciała zawołać lekarza, lecz mój przodek zabronił go wzywać. Poprosił łagodnym głosem, aby się jeszcze wstrzymała, bo musiał wykonać powinność. Zapewniał, że gdy wróci, to dopiero będzie mógł go obejrzeć doktor. Prapraprababcia nie pojęła tych słów; uważała, że jego POWINNOŚĆ to wieczorny obrządek trzody.
Mój przodek tymczasem zwlókł się z łóżka, otarł łzy i wezwał do siebie dzieci. Gdy stanęły przed nim, zapadła cisza.
Podobno wówczas prapraprababcia odczuła, że w izbie zagnieździło się zło. Nie wiem, jak dokładnie to czuła, chociaż – jak mówiłem na wstępie i jak pewnie pamiętacie – ja również żywiłem podświadome przekonanie, że z moją rodziną było coś nie tak. Szósty zmysł? Intuicja? Zwał, jak zwał. Po prostu coś było cholernie nie w porządku.
Minuty ciągnęły się w nieskończoność, a przodek dalej stał przed dziećmi, których miny mówiły: kim jest ten człowiek, na pewno nie naszym tatą. Wreszcie dotknął ramienia najmłodszego syna, a ten wydał kwik jak prosię. Żona, gdy szarpnęła rękę praprapradziadka, aby puścił chłopca, dostała w twarz. Dzieci się rozbiegły i ukryły, a Edward wyszedł z domu wraz z płaczącym synem. Babcia dodała kiedyś, że prapraprababka widziała idący za jej mężem cień, choć nie należał on do niego. Wydawał się niekształtny, miał wyrostki kostne wychodzące z głowy i długie nogi, a poruszał się jak na sprężynach.
Przodek wrócił po niedługim czasie do domu i padł jak długi w progu. Żona ominęła go i pobiegła szukać syna. Wołała, krzyczała, lecz odpowiadała jej wyłącznie cisza. Zajrzała do stodoły, której drzwi były otwarte, i serce jej pękło. Najmłodszy syn leżał na stogu słomy przebity widłami.
Wiecie, co w tym wszystkim jest najbardziej popierdolone? A, nie powiem teraz, sami się przekonacie. Zasieję to ziarno niepewności, jak to robią pisarze w tych swoich powieściach.
W tym momencie kończy się opowieść dziadków. Mój przodek zabił syna i co się potem działo, nie wiadomo. Myślę, że babcia i dziadek wiedzieli, ale to również ukryli. Tak czy inaczej opowiedziałem, co chciałem.
Nabazgrałem ostatnie zdanie jak kura pazurem. Czekajcie, skreślę i napiszę od nowa. Jack Daniels wchodzi jak złoto.
Pewnie zadajecie sobie pytanie, czy to już koniec i po co wam to opowiedziałem. Otóż to nie koniec; jak wspominałem, to początek.
Teraz w grę wchodzą moje wspomnienia z dzieciństwa oraz wspomnienia mojego taty. Czaicie, mój staruszek prowadził pamiętnik. Skubany opisywał w nim takie rzeczy, że jak kiedyś ten zeszyt znalazłem i przeczytałem, to nie mogłem uwierzyć, że ojciec był do tego zdolny. Przy mamie zawsze wydawał się taki spokojny, stonowany i grzeczny. A co działo się na tych stronnicach, ho, ho! Bójki, używki, dziewczynki w samochodzie i w sklepowych przymierzalniach. Dajcie spokój. Miał chłop za młodu wyobraźnię. Lecz nie o tym mowa. Kartkując pamiętnik, natrafiłem na zamazane słowa. Tych korekt było bardzo dużo. Jedno zdanie utkwiło mi jednak w pamięci: (wymazane słowo) kocham cię i następnym razem, jak cię uderzy, to dam mu popalić.
Kogo kochał w wieku dwunastu czy tam trzynastu lat? Dziewczynę? Możliwe. Dziadek raczej babci nie bił, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Kiedyś pokusiłem się i zapytałem o to tatę, lecz odpowiedział z uśmiechem, że był to jego wymyślony przyjaciel. I podobno ja też takiego miałem.
– To dlaczego zamazałeś wszędzie jego imię? – zapytałem.
– Bo nie istniał – odparł ojciec i gdy to mówił, coś w wyrazie jego twarzy mnie przeraziło.
Na tym zakończyliśmy rozmowę. Jednak mnie, jako małego Sherlocka Holmesa, zaintrygowało jedno z opisanych wspomnień. Muszę przyznać, że gdy je przeczytałem, nie mogłem w nocy spać. Było dziwnie straszne, chociaż nie opisywało demonów, duchów, wilkołaków czy wampirów.
Naleję sobie troszkę do szklaneczki i jedziemy dalej. Muszę przyśpieszyć, bo już zbliża się pierwsza, a tyle pracy jeszcze przede mną.
Pali w rurę. Dobra, taką lubię. Smoczy dech.
To wspomnienie brzmiało mniej więcej tak:
Siedzieliśmy z mamą w salonie. Mama szydełkowała, a ja bawiłem się z (wymazane imię) samochodzikami. Urządzaliśmy wyścig wokół kanapy. Wygrałem kilka okrążeń, ale (wymazane imię) wyrównał i mnie przegonił. Zwyciężył ostatecznie, lecz nie czułem złości. Mama pochwaliła nas i nagle uśmiech zniknął jej z twarzy. Spojrzała na (wymazane imię) i przygryzła wargę. Zapytałem, czy się dobrze czuje, ale odparła, że tak, i zerwała się z kanapy, i zakryła dłonią usta oraz nos. Spojrzałem na (wymazane imię) i wzruszyłem ramionami. Nagle żarówka zgasła i znów zajaśniała. Za oknem wiał wiatr i poruszał przewodami elektrycznymi. Huczało, jakby fala powietrza chciała zmieść nasz dom z powierzchni ziemi. (wymazane imię) schował się za kanapę. Biedak bał się wichury i nawet moje zapewnienia, że jest bezpiecznie, nie pomagały. Usiadłem obok niego, a on powiedział:
– Boję się. – I się rozpłakał.
Objąłem go i ucałowałem w policzek. Miał tak gładką skórę.
– Nic się nie martw, stary. Zaraz przejdzie.
– To nie przejdzie, to dopiero idzie.
Nie zrozumiałem, o czym mówił, a może zrozumieć nie chciałem. Usłyszałem kroki i do salonu wróciła mama. Jej powieki napuchły, a z nosa leciała krew. Podbiegła do nas i przytuliła. Słyszałem, jak biło jej serce. Łup… łup… łup… Coś strasznego. Wzięła (wymazane imię) na ręce i ucałowała, a potem szepnęła:
– Pójdziesz z tatusiem.
– Boję się – wyszeptał, a jego policzki były mokre od łez.
– Ciii, już dobrze. Pójdziesz z tatą, on nie da zrobić ci krzywdy.
Te słowa matki wydały mi się dziwne. Patrzyła na ścianę i sam nie wiem, co tam widziała. W końcu do pokoju wszedł tata.
– Chodź, (wymazane imię), ty mój dzielny chłopcze.
Mam wypuściła go z objęć i pozwoliła, aby zbliżył się do ojca. Tata, sam nie wiem, czy mi się przywidziało, czy też nie, był inny. Jego oczy jakby przysłaniała jakaś ciemna płachta. Wyciągnął rękę i złapał dłoń (wymazane imię). Potem wyszli na podwórze. W ten ulewny deszcz i wicher. Wyjrzałem za nimi przez okno i przez chwilę wydawało mi się, że idzie z nimi ktoś jeszcze. Ktoś, kogo nie rozpoznawałem. Mama szarpnęła mnie i przytuliła z całych sił. Płakała, ale tak jak nigdy przedtem. Próbowałem się wyrwać, lecz nie zdołałem. W końcu odpuściłem i wpatrzyłem się w punkt ponad ramieniem matki.
I co? Popierdolone? Mówiłem, kłamcą mnie nazwać nie możecie. Wypytywałem tatę o to wspomnienie, lecz odrzekł szybko:
– Byłem już za duży, żeby mieć wymyślonego kolegę. Mama z tatą zastosowali taką metodę, żeby mnie z nim rozdzielić. Ojciec z nim wyszedł i wrócił sam, a ja wtedy całkiem zapomniałem, że ktoś taki był w moim życiu, a raczej w głowie. Nie rób takiej miny, bo z tobą było podobnie. A te wszystkie opisy krwi, emocji to tylko wyobraźnia. Wiesz, dla mnie jako dziecka było to stresujące wydarzenie.
Ze mną było podobnie. Jak, kurwa, podobnie? Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile razy o tym myślałem. I tylko jedna rzecz przychodziła mi do głowy. To musiałoby by się stać wtedy, gdy tata wrócił cały mokry od deszczu, tego listopadowego wieczoru, i rzekł:
– Kamień z serca.
Nie prowadziłem pamiętnika, a teraz mam pięćdziesiąt cztery lata. Nie pamiętam wszystkiego ze swojego dzieciństwa. Skąd mogę wiedzieć, czy miałem wymyślonego kolegę albo jak się nazywał? Gdy wracam pamięcią do tamtego dnia, to czy przypomina mi się coś nadzwyczajnego? Nie, raczej nie. Oglądałem kreskówkę, usłyszałem kroki taty chodzącego po sąsiednim pokoju i słowa mamy. Im też się nie przysłuchiwałem, wiecie, bajka była ważniejsza. Chociaż… czekajcie.
Łyczek na poprawę pamięci. Już dobrze. Chociaż nieeeee, to tylko mój wstawiony mózg płata mi figle. Kurwa, jednak czuję coś podskórnie, tak jakby leżało to najgłębiej w moim sercu i teraz tłukło się, aby wyjść na powierzchnię. Znacie to uczucie? Tam rozmawiali mama z tatą i był ktoś jeszcze. Dajcie mi chwilę.
Tak… raczej… chyba. Był ktoś jeszcze. Piskliwy ton, ale skąd się wziął? Usłyszałem go przez sekundę, może to dźwięk bohatera kreskówki. Ale to wszystko pojebane. Nie przypomnę sobie, wybaczcie. Wróćmy do wspominek.
Kiedy kładłem się spać tamtego wieczoru, spojrzałem na krzesło i leżały na nim dwie maskotki. Jedna czerwona, a druga niebieska. Czerwony nie był moim ulubionym kolorem i pamiętam, jak zachodziłem w głowę, skąd się wzięła. Lecz zmożony snem uległem, a gdy rano wstałem, na krześle znajdowała się tylko niebieska. Przez kilka lat nie zajmowałem się pamiętnikiem ojca ani wspominaniem przeszłości. Żyłem jak normlany nastolatek, aż pani w liceum kazała nam zrobić drzewa genealogiczne naszych rodzin. Nawet się ucieszyłem, bo mogłem zagłębić się w historię przodków. Zabrałem notatnik i ruszyłem do babci, która jako jedyna pamiętała najwięcej z poprzednich pokoleń. Zaczęliśmy od Edwarda i jaka szkoda, że babcia pamiętała tylko jego jedynego syna, za to wszystkie cztery córki. Potem podawała mi imiona i nazwiska, które słyszałem pierwszy raz w życiu, ale szczególnie zainteresowało mnie, że wszyscy ludzie, składający się na rodzinę Robinsonów, mieli tylko jednego syna, a córek wiele. Co prawda nie każde małżeństwo tyle samo, ale w ogólnym rozrachunku dziewczynek było więcej, chłopiec – tylko jeden. Rodzynek, którego zadaniem było uchronić ród Robinsonów przed wymarciem. Zapytałem o to babcię i uzyskałem taką odpowiedź:
– Taka to już nasza powinność. Dorośniesz, to zrozumiesz.
I dorosłem. Czy zrozumiałem? Nie. Wiem, że jako rodzina wpadliśmy w niezłe bagno, z którego nie możemy się wygrzebać od pokoleń. Chociaż przyszedł mi do głowy pewien pomysł, ale czy starczy mi odwagi? Muszę się zdecydować, nim wzejdzie słońce.
Oczywiście potem szukałem w rodzinnym albumie potwierdzenia słów babci i natrafiłem na pewną niejasność. Przy ojcu mojego dziadka, na jednym ze zdjęć, stało trzech chłopców w różnym wieku. Łowili ryby nad rzeczką. Gdy pobiegłem do dziadka i pokazałem mu to zdjęcie, patrzył na nie długo. Marszczył brwi. Przygryzał wargę. A potem powiedział:
– Kim oni są, to nie wiem. Może moi koledzy z sąsiedztwa.
Nie oddał mi fotografii. Później, gdy przechodziłem obok popielniczki, prócz niedopałków zobaczyłem kawałki spalonego papieru.
Matko! Już po trzeciej. Dobrze, że jesienne noce są dłuższe. Skończył mi się Daniels. To i ja będę kończył. Ale jeszcze jedna rzecz. Finał, że tak to ujmę.
Nie ma to jak rodzinne zjazdy, prawda? A zwłaszcza na stypie. Zjeżdżają się wszyscy ubrani na czarno i wtedy po raz pierwszy widzisz twarze, o jakich istnieniu nawet nie miałeś pojęcia. Poznajesz ciotki i wujków, bliższych i dalszych, kuzynów i kuzynki, które czasem wyglądają, jak te dziewczyny z filmów, do których oglądania nie chcesz się przyznać. Tak było, gdy umarł dziadek. I na pogrzeb przybył nieznany mi mężczyzna. Znała go tylko babcia i powiedziała, że to stary przyjaciel świętej pamięci dziadziusia. Ów nieznajomy przyszedł też na stypę, ale usiadł gdzieś z boku. Jadł, mało rozmawiał, wychodził palić – i tak w kółko.
Ja wtedy też paliłem, jeśli dobrze pamiętam, miałem około trzydziestki. Byłem świeżo po ślubie, a moja ukochana nosiła w łonie nasze pierwsze dziecko.
Wyszedłem zapalić i nieznajomy też. Staliśmy naprzeciw siebie i milczeliśmy, aż w końcu przemówił:
– Wyrosłeś na mężczyznę, a pamiętam cię takiego małego. – Wskazał dłonią na swój pas. – Twojego tatę też pamiętam za dzieciaka, i jego brata. Dobrze, że dziadek wybrał akurat jego.
Mnie jakby ścięło z nóg. Oparłem się o ścianę, a w głowie mi huczało. Patrzyłem na mężczyznę, którego widziałem pierwszy raz w życiu, i zaniemówiłem.
– Mój tata nie miał brata. Jest jedynakiem jak ja – odparłem, gdy szok minął.
– Racja, taka to wasza powinność, Robinsonowie. – Zgasił papierosa i odszedł.
Dostrzegłem, że jego chód był sprężysty. Ale bardziej mnie zaskoczyło, że gdy przechodził tam, gdzie padało słońce, nie rzucał cienia. A może mi się tylko przywidziało? Jakie to ciężkie zadanie coś sobie przypomnieć.
Zostałem sam, a jego słowa biły mi w głowie jak dzwony kościelne. Co miał na myśli i dlaczego twierdził, że tata i ja mieliśmy braci? Tchnięty tym wyznaniem, po kryjomu przeszukałem dom dziadków i rodziców, lecz nie znalazłem żadnych papierów: aktów urodzenia innych dzieci, strych zdjęć, świadectw szkolnych. Nic, po prostu nic. Pomyślałem wtedy, że wariuję i powinienem dać spokój. Odpuścić i zbyć słowa kolegi dziadka, a przynajmniej sprowadzić je do gadania starego zgreda.
Pamiętam także moment narodzin syna. Trzymałem go na rękach i byłem przeszczęśliwy. Wokół mnie tłoczyli się tata, babcia i mama. Tuliłem do piersi niemowlaka, mojego pierworodnego, a duma rozsadzała moją pierś. I wtedy tata wypalił:
– Radzę ci nie poprzestać na jednym, bo powinność wybierze jego.
Zdębiałem. Jak to: nie poprzestać na jednym? Spojrzałem na tatę, a mama chyba wychwyciła wyraz moich oczu, bo dopowiedziała:
– Tacie chodziło, że im więcej wnuków, tym lepiej. Twoją powinnością jest założyć większą rodzinę. – Uśmiechnęła się wtedy tak dziwnie, sztucznie, a zarazem jakby z boleścią.
I po kilku latach wydarzyło się coś, czego nie pamiętam dokładnie. W moim umyśle powstaje taka czarna dziura, której nie mogę wypełnić. Na pewno było to duże wydarzenie, bo jego wagę czuję, lecz samego przebiegu już nie. Kurwa, to mnie dobija. W moim życiu było coś, czego byłem świadkiem, a tego nie pamiętam.
Teraz najśmieszniejsze, gdyż przewiduję, czym mogło być to wydarzenie, gdy po następnych paru latach wróciłem zziębnięty do domu. Żona siedziała w pokoju i czytała synowi książkę. Ja się otrząsnąłem, rozebrałem i powiedziałem, że wszystko w porządku, jest wykonane. Tylko co? Zabijcie mnie, nie przypomnę sobie. Przypomnieć sobie nie przypomnę, nie dokładne wydarzenie, ale wiem, co zrobiłem. Wykonałem rodzinną POWINNOŚĆ. Przyszła po mnie, tak samo jak ON teraz krąży po domu. Słyszę jego kroki, czuję jego oddech. On wie, że chcę wykonać nie jego, a swoją POWINNOŚĆ. Tą, którą już dawno powinien wykonać któryś z moim przodków.
Już mnie oczy bolą od tego pisania. Dobrze, że już kończę. Boli mnie wszystko, ciało i dusza. Teraz już wiecie, co zrobiłem przed laty, a czego nie pamiętam. Noszę to jarzmo, które każdego dnia mnie miażdży. Najgorsze jest to, że wcale go nie pamiętam. Nie wiem, jak wyglądał, jak się uśmiechał, jak mówił: mamo, tato. Jak brzmiał jego śmiech. Jak miał na imię. I świat też go nie pamięta, on cały jest jak to imię w pamiętniku mojego taty – wymazany.
Ja pierdolę, zmoczyłem kartkę łzami. Do rana powinna wyschnąć. Kim był kolega mojego przodka, ten z kopalni, który go wyprowadził, nie wiem, ale wiem, że od tamtego momentu był przy mojej rodzinie już zawsze. Przypominał nam o naszej POWINNOŚCI.
Już nic nie może nam pomóc, tak myślałem przez lata. Mój syn, gdy urośnie, ożeni się i też będzie musiał wypełnić POWINNOŚĆ. To straszne. Ja spełniłem ją raz, a co będzie, jeśli on będzie musiał więcej? Chociaż tyle w tym pocieszenia, że gdy nadchodzi, to jest łatwo. Naprawdę, nie kłamię. Człowiek wtedy zapomina – i jest łatwiej. Boję się o niego i dalsze pokolenia.
Oho! Jest. Tłucze w drzwi. Dobija się do mnie. Pocałuj mnie w dupę, popaprańcu! On wie, że się przeciwstawiłem. Jako jedyny. Ktokolwiek odnajdzie te zapiski, chcę powiedzieć jedno. Zrobiłem to z miłości do mojego syna. Zrobiłem to, żeby go chronić przed tym ciężarem. Został tylko on i na nim to wszystko się zakończy. Słyszysz, sprężysty skurwysynu?! Wypełniłem swoją POWINNOŚĆ, która już dawno powinna być wypełniona. Oszukałeś mojego przodka, to ja teraz nabiłem cię w butelkę! Ha! Ha! Jakie to zajebiste uczcie. Wal kopytem w drzwi, lecz kiedy tu wejdziesz, to mnie nie zastaniesz. Ha! Ha! Normlanie zesikam się ze śmiechu.
Pamiętacie, że nie mogłem się zdecydować? Teraz już wiem. Rewolwer miałem załadowany trzema nabojami i teraz w bębenku są tylko łuski, nóż jest cały zakrwawiony i jakoś nie przyciąga mojej sympatii. Padło na sznur. Przypomnijcie sobie, co wam mówiłem. Że gdy przychodziła POWINNOŚĆ, było łatwo i przyjemnie.
Bez niej było tak samo.
Czas czytania: ok. 25 minut
Gatunek: opowiadanie grozy
W opowieści ,,Powinność rodziny Robinsonów" autorstwa Huberta Piśkorskiego, mężczyzna opisuje swoje wspomnienia w burzową noc i stara się wyjaśnić czym była rodzinna powinność, jaka spadła na jego przodków za sprawą tajemniczej istoty. Podczas tej nocy postanawia przerwać ciąg powinności i decyduje się stanąć z tajemniczym stworzeniem oko w oko. To intensywna od mrocznych skojarzeń, historia, gdzie narracja w pierwszej osobie jeszcze bardziej potęguje atmosferę niepokoju, czując na plecach dreszcz emocji.
HUBERT PIŚKORSKI
Ma 25 lat (2026 r.) i pochodzi z małej miejscowości niedaleko Częstochowy.
Na co dzień pracuje na etacie, a po nim oddaje się swojej, wielkiej pasji, jaką jest pisarstwo. A ta relacja zaczęła się pewnej jesiennej nocy w 2020 roku, gdy czytał "Łowca Snów" Kinga i oddając się lekturze, zapragnął tworzyć swoje historie.
Na początku nie było to łatwe, lecz z czasem spod jego palców (pisze głównie na laptopie) wyszły wymarzone opowiadania.
W swoim dorobku pisarza ma już publikacje w czasopismach: Histeria i Kwintesencja. Kilka audiobooków opracowanych przez Piotra z kanału na Yt "Zaczytany". Jest też autorem zbioru opowiadań przyrodniczych oraz jednym z twórców antologii fantasy. Zajmował też wyróżnione miejsca w konkursach.
Prócz pisania interesuje się muzyką, bez której nie potrafi wyobrazić sobie dnia. W gronie zainteresowań znajduje się też przyroda oraz sport, a w szczególności siatkówka i snooker.
Opowiedz o nas rodzinie, znajomym, kolegom, koleżankom i przyjaciołom.
U nas każdy znajdzie coś dla siebie do poczytania, czy to z rana, czy wieczorkiem...
Po pracy, po zajęciach, po szkole, po powrocie do domu.
(+48) 787 913 926 (preferowany kontakt SMS)
redakcja.atrament@o2.pl
Włocławek
Atrament to internetowe, nowoczesne czasopismo literackie, łączące różne style: od vintage po dark akademię. Chcemy być oryginalni. Publikujemy u nas wiersze, teksty zasłużonych wielkich mistrzów pióra z domeny publicznej, utwory początkujących autorów, i co najważniejsze, ciekawe, wciągające, zmuszające do myślenia artykuły, recenzje oraz zapowiedzi książek.
Media społecznościowe
A website created in the WebWave website builder.