Western

Słońce grzało mocno, oświetlając słomiane strzechy chat pomarańczowymi promieniami. Chłopi pracowali bez wytchnienia na pobliskich polach, zajmując się złocistymi kłosami. Teren był nierówny, pełen wzniesień i obniżeń. Na ulicach wsi kurz unosił się w rytmie podmuchów wiatru, bawiły się tam najmłodsze dzieci. To był kolejny dzień, taki sam jak poprzednie.

Z otaczającego wieś lasu wyszedł samotny podróżnik. Nadchodził z północy. Szedł szlakiem, pieszo, bez konia. Był to niewątpliwie człowiek, mężczyzna, chociaż twarz skrywał pod kapturem, szarym jak reszta jego odzienia. Strojem również się wyróżniał. Nosił tunikę, sięgającą kolan, spiętą, jednak na tyle luźną by jego ruchy były swobodne. Przez plecy przewiesił torbę podróżniczą, a obok miecz. Buty wykonane miał ze skóry, mocnej, tak by przetrwały dalekie marsze. 

Nieznajomy szedł powoli, nie śpiesząc się. Zwracał na siebie uwagę. Dzieci wskazywały go palcem, dorośli jedynie ukradkiem szeptali. Miejscowy kowal od razu zwrócił uwagę na jego miecz. Był prosty, cienki, ale wyglądał na mocny. Obusieczny ze zbroczem pokrytym symbolami. Srebrna rękojeść, owinięta brązową skórą, była prosta, z romboidalną głownią. Piękna robota – stwierdził później, nie wiedząc nawet, że jego podziw byłby o niebo większy gdyby znał całą prawdę. Dwóch miejscowych pijaczków jedynie machnęło ręką i wróciło do swoich zajęć.

Nie było to nic bardzo niezwykłego. Nieznajomi przybywali i wybywali. Wieś, choć mała, znajdowała się na ruchliwym szlaku prowadzącym na południe. To właśnie z tego powodu grupa niziołków postanowiła otworzyć tutaj swój zajazd, nad którego drzwiami powiesiła wymowny szyld „Pod wilczym ogonem”. Nazwa nie była najfortunniejsza, ale raz wywieszona, taka pozostała. To właśnie tam swoje kroki pokierował zakapturzony.

Gospoda była największym budynkiem we wsi. Znajdowała się na wzniesieniu. Zbudowano ją z drewna i słomy. Mieściła pokoje dla gości, część ze stolikami i szynkwasem, która stanowiła główne miejsce rozrywki miejscowych. Stoliki stały również na powietrzu, przed gospodą, by w taki dzień jak dziś można było pić i jeść w towarzystwie słońca.

Mężczyzna wszedł do środka. Było wcześnie, większość ludzi pochłonięta była własnymi sprawami. Był jedynym klientem gospody. Na jego widok, krągły niziołek o kręconych, blond włosach, poderwał się ze stołka.

- Witam, witam „Pod wilczym ogonem”! - zawołał radośnie, energicznie wymachując rękami. Zeskoczył ze stołka i zbliżył się do wyczekiwanego klienta. - Ja jestem Bago Gwizdawek, a ty szczęściarzu, trafiłeś do najlepszej karczmy po tej stronie Iseny. Czego się napijesz, przyjacielu?

- Herbaty - głos zakapturzonego był szorstki. Karczmarz wytarł ręce w fartuch, uśmiech na jego twarzy jeszcze się rozszerzył.

- Wielu tu takich przychodzi co chcą piwa, albo wina, albo wódki, ale rzadko kto z przyjezdnych prosi o herbatę. No ale już robię, już robię. Jago! Wstaw wodę! Mój brat, trochę powolny, taki nie teges, ale kucharz świetny z niego. Tylko nie możesz dać mu pączków, bo będzie jadł puki nie pęknie, he, he, no ale to choroba zawodowa każdego niziołka. Tu sobie klapnij.

- Mamy pogodny dzień – zauważył nieznajomy i skierował się do wyjścia, przed gospodę. Niziołek wyglądał na zakłopotanego, jednak natychmiast odzyskał rezon i pobiegł za swoim gościem.

- Racja, jak mówisz, nie ma co się kisić pod dachem, kisić to się może kapusta co najwyżej - uśmiechnął się szeroko.

- To pomarańczowa róża, ale ja wolę nazywać ją różą zachodzącego słońca, ładniej brzmi - ciągnął gospodarz, wskazując na roślinę, porastającą niewysoki płotek, jedynie symbolicznie oddzielający jego przybytek od reszty wsi. - Zasadził tu ją mój dziadek, Tuko, kiedy przybywał do miasta i zakładał tą gospodę. Dziadunio to był kawalarz, mówię ci, uśmiałbyś się… lubisz żarty, prawda? Kto nie lubi. Mówiłeś, że jak się nazywasz?

- Nie mówiłem – odpowiedział sucho mężczyzna, ściągając kaptur. Tak, teraz zdecydowanie widać było, że był to człowiek. Włosy miał czarne, z kilkoma siwymi pasmami, zaczesane do tyłu i gęsty zarost. Minę miał posępną, oczy bystre i szare. Prawy policzek szpeciła blizna. Wyglądała jak po cięciu ostrzem. Nieznajomy uniósł lekko wzrok.

- Dobra, dobra, nie musisz się przedstawiać, tak dla ułatwienia rozmowy chciałem jedynie wiedzieć, nie moja to rzecz.

Mężczyzna skinął głową.

- Co wieś trapi?

- Wieś trapi? - odpowiedział pytaniem na pytanie niziołek, a do jego uszu doszedł dźwięk gotującej się wody.

- Tam – wskazał przybysz. Bago spojrzał w tamtą stronę. Człowiek wskazywał na kilka połamanych desek, leżących obok chaty, przy której dwójka młodych dokonywała napraw.

- To chłopaki od Guida. Guido jest stary, a jego chałupa jeszcze starsza, to od czasu do czasu trzeba ją naprawić. Ot to. Z miasta jesteś? Pewnie tak, tam to z cegieł i kamienia budujecie to nie wiecie, że drewno próchnieje i trzeba je od czasu do czasu wymienić...

- Wychowałem się w podobnej wiosce – przerwał przybysz, nie spuszczając wzroku z młodzieńców.

- Nie pamiętam by próchniejące drzewo było wyszczerbione, jak po uderzeniu topora. Nie pamiętam też by trzeba było wymieniać jedynie dwie deski, kiedy reszta była całkiem dobra. Nie rozumiałbym też tego, że bardzo chciałeś bym pozostał w środku.

Gospodarz pochwycił wzrok nieznajomego, który skierowany był teraz wprost na niego. Przeszywające szare oczy wydawały się nie patrzeć na niego, ale w głąb jego okrągłego ciałka, penetrując każdy zakamarek duszy.

- Powiedziałeś – zauważył po chwili – „nie rozumiałbym”. Czyli rozumiesz?

- Owszem.

- Co rozumiesz?

W tym czasie Jago przyniósł porcję parującego płynu, stawiając go przed klientem. Był podobny do swojego brata, jednak bardziej krępy i niższy. Stanął przed gościem jakby czekał na werdykt w sprawie herbaty.

- Możesz już iść Jago – ponaglił go brat. Niziołek pokiwał lekko głową, a potem odwrócił się i wrócił do kuchni. W oczach widać było smutek. Nic z tych rzeczy nie umknęło uwadze przybysza, chociaż wydawało się, że nie poświęcił tej sytuacji ani trochę uwagi. Kiedy Jago zniknął, odezwał się ponownie.

- Co chcesz mi powiedzieć?

Wtem do uszu, jakby w odpowiedzi, dobiegł go tętent koni. Wyjrzał. Zobaczył grupę jeźdźców, sunących do wsi. Naliczył koło dwudziestu. Kobiety i mężczyźni, odziani w czerń i czerwone chusty. Każdy uzbrojony, jednak nie tak dobrze jak oddział, raczej jak bandyci. Krzyczeli, wpadając do wsi. Nie słyszał co, nie rozróżniał słów, jednak mógł łatwo domyślić się o co chodziło, kiedy spostrzegł jednego z wieśniaków, podającego pełen worek, jednemu z napastników. W odpowiedzi ten kopnął go w twarz, posyłając na piach.

- Ta… - mruknął smętnie niziołek. - Przybywają średnio raz w miesiącu. Zawsze to samo. Przybywają, grabią, czasem zabawią się z kobietami i młodymi chłopcami, a potem odjeżdżają, pozostawiając za sobą… wiesz co, po prostu siedź, raczej nie zwrócą na ciebie uwagi, ale może nie obnoś się z tym scyzorykiem.

- Nikomu nie przyszło do głowy by się im postawić?

- Kolego, ty chyba nie za bardzo rozumiesz. Oni przybywają raz na miesiąc, jasne, jest źle, jest bardzo źle, szczególnie jeżeli akurat wpadniesz im w oko, albo zrobisz cokolwiek by wyróżnić się z tłumu. No ale co zrobić? Protektora nie mamy. Żyjemy tu z dziada pradziada i zawsze jakoś sobie radziliśmy. Ci tutaj… ech… lubię sobie wmawiać, że nie jest tak źle, ale wtedy nachodzi mnie kolejna myśl, że zawsze może być lepiej. To ciężka sprawa, ale nauczyłem się jednego, zresztą jak wszyscy, lepiej się nie stawiać.

Nieznajomy nie odpowiedział. Nawet nie chrząknął. Przez chwilę patrzył na oddających haracz wieśniaków. W pewnej chwili jednak dostrzegł dwie wojowniczki o wytatuowanych twarzach, które wlokły ze sobą młodego chłopaka, dopiero wkraczającego w dorosłość, a ich miny nie pozostawiały cienia wątpliwości co do ich zamiarów.

Wstał, wsunął taboret i położył rękę na ramieniu gospodarza.

- Rozumiem aż za dobrze.

Po tych słowach ruszył.

- Zara! Dokąd ty idziesz, kolego?!

Nieznajomy przystanął by odpowiedzieć:

- Może lepiej będzie jeżeli schowasz się do środka.

Po tych słowach zaczął szybkim krokiem schodzić z pagórka.

 

***

Ludzie się bali. Chcieli uciekać, ale nie wiedzieli gdzie. Nie mieli dokąd. Z resztą, gdyby tylko spróbowali zrobić coś co nie spodobałoby się najeźdźcą mogliby być pewni swojej zguby. Spędzeni na placyk mogli jedynie stać się biernymi obserwatorami przyszłych wydarzeń.

Kobieta w czerni zsiadła z konia. Była to jedyna z nich, która do tej pory trzymała się w siodle. Starszy wioski, który wysunął się na przód tłumu wiele razy zmuszony był z nią rozmawiać, jednak za każdym razem przypominało to stąpanie po zamarzniętym jeziorze.

- Dlaczego ukryliście zapasy? - spytała, kierując swoje spojrzenie w jego kierunku. Starzec pokręcił jedynie głową.

- Nic nie ukrywamy – odpowiedział, rozglądając się po ludziach. Byli otoczeni, bali się, ale nikomu nie wydarzyła się krzywda. Jeszcze. Kobieta w czerni podeszła do niego. Nie była wyższa od niego, jednak nagle poczuł jakby się skurczył. Odziana była w czarny płaszcz i luźne, szerokie spodnie. Twarz skrywała za chustą. Kiedy ich twarze się spotkały jej wzrok przewiercił się przez umysł mężczyzny. Była wiedźmą. Wiedział to i wszyscy to wiedzieli. To właśnie sprawiało, że nikt nie patrzył jej w oczy.

- Przecież mamy umowę.

- Naprawdę nic więcej nie mamy. Pola… rok był nieurodzajny, a my musimy mieć na zasiew i wykarmienie dzieci.

- Może więc powinnam przetrzebić tą waszą gromadkę – wiedźma rozejrzała się po najmłodszych. Dzieci nie do końca zdawały sobie sprawę z tego co się działo, jednak instynktownie lgnęły usilniej do swoich matek.

- Nie możesz… - zająknął się starzec, kiedy płomienne oczy znów zwróciły się w jego stronę. Szybko dotarło do niego, że czarownicy nie spodobał się ton jego głosu. Nie mógł pozwolić by jego wsi coś się stało, żadnemu jej mieszkańcowi. Był za nich odpowiedzialny, jako starszy wsi. Nie chciał, nie mógł pozwolić sobie na prowokowanie wiedźmy. Ta parsknęła lekceważąco.

- Przecież wiesz co będę musiała teraz zrobić.

Nie widział tego, ale był pewien, że usta kobiety wykrzywiły się w złośliwym grymasie. Nagle, nie wiadomo skąd, w rękach kobiety pojawiła się czarna włócznia. Zamachnęła się. Ktoś krzyknął. Starzec zacisnął powieki. Grot przeszył powietrze. Potem zapadła głucha cisza.

Starzec otworzył oczy. Grot włóczni zatrzymał się tuż przed jego okiem. Oczy wiedźmy rozszerzyły się. Ona również tego nie rozumiała. Kilku ludzi skierowało spojrzenia na coś znajdującego się z boku. Powoli starzec i kobieta również to zrobili. Wtedy oczom czarownicy ukazał się mężczyzna w szarej szacie. Stał dumny, wyprostowany, z dłonią wysuniętą do przodu. To on zablokował jej ruch. Nie znała go, ale wyczuwała od niego siłę i moc i potęgę.

Cofnęła dłoń, a włócznia rozsypała się jakby była stworzona z piasku. Kiedy nieznajomy opuścił rękę blokada zniknęła. Całkowicie straciła zainteresowanie starcem. Tajemniczy mężczyzna zaabsorbował pełnie jej uwagi. Jego twarz była niczym wyryta z kamienia, a lekki wiatr rozwiewał jego włosy. Nie poruszył się, nawet o krok. Uśmiechnęła się, jednak nie miało to nic wspólnego z przyjaznym gestem.

- Brać go – rozkazała cicho.

Wtedy dwudziestka ludzi ruszyła do przodu. W ich rękach były łuki, maczugi, sztylety, pałki, a kilku miało miecze gorszej jakości. Powoli, opuścili mieszkańców, zbliżając się do nieznajomego. Dopiero wtedy sięgnął za plecy, wydobywając broń. Miecz był doprawdy niezwykły. Czarna rękojeść obwiązana skórą, drobny jelec, klinga o nienaturalnym, błękitnym połysku. Stanął z mieczem skierowanym szeroko do ziemi. Rozbójnicy zatrzymali się. Oczy wiedźmy rozszerzyły się jeszcze bardziej i po raz pierwszy od długiego czasu poczuła coś, co wydawało się jej, że dawno temu bezpowrotnie utraciła. Strach. Trwało to jedynie chwilę, jednak w jej umyśle echem rozeszło się jedno słowo: „Shora”.

Mężczyzna był Shora!

- Rozkazałam! - wrzasnęła. Wtedy jej ludzie ruszyli dalej, jednak nie wszyscy. Kilku stało nadal w tych samych miejscach. Strach między nieznajomym i ich panią walczył w ich sercach.

- Daje wam jedną szansę – rzucił nieznajomy. Jego głos był pełen spokoju. - Możecie się poddać, albo będziemy walczyć.

- Zabić go! Przynieście mi jego głowę! - wrzasnęła wiedźma, a moc jedynie podbudowała jej krzyk. Zbójcy ruszyli dalej. Nieznajomy ze smutkiem pokiwał głową i zakręcił ostrzem w powietrzu. Wtedy w jego stronę poleciała strzała. Ten z napastników, który ją wystrzelił niemal rzucił się do ucieczki, kiedy szary mężczyzna nie uniknął pocisku, ale zbił go mieczem w trakcie lotu.

Zakotłowało się. Po chwili pierwszy z nich rzucił się z mieczem. Nieznajomy zakręcił klingą, zbił broń przeciwnika, a następnie ciął nisko, pozbawiając go życia. Kolejnego ciął w marszu, po zderzeniu z jego ostrzem. Odbił topór, godząc jego właściciela w udo. Obrócił się, zablokował ramieniem, uzbrojoną rękę przeciwnika, jednocześnie przeszywając jego brzuch. Odebrał jego sztylet, którym zablokował lecące ku niemu żelazo. Obrócił się i kontratakował. Przebił dwóch naraz. W oczach bandziorów nie widział już chęci walki. Podrzucił sztylet, złapał go za ostrze i rzucił, trafiając w środek czoła łucznika. Ruszyło na niego trzech tarczowników. Nieznajomy wystawił rękę, a kiedy palce się rozszerzyły, wyleciał z niej podmuch energii, który zachwiał nacierającymi. Sparował krótką włócznię, obrócił się i wbił miecz w szyję wroga. Tym samym, płynnym ruchem uderzył rękojeścią broni w głowę następnego.

Reszta uciekała. Widząc ten upiorny spektakl opuścili swoją panią, ratując się ucieczką do lasu. Nieznajomy nie gonił ich. Miał przed sobą dużo większe wyzwanie. Wiedźma stała teraz tuż przed nim, zła i niebezpieczna.

- Jesteś Shora!

Nie odpowiedział.

- Jesteś bardzo potężny. Jestem pod wrażeniem, ale jesteś tylko jednym, samotnym Shora pośrodku bardzo niegościnnej krainy.

Nie odpowiedział.

- Zakon jest dla ciebie taki ważny? Zaproponuję ci coś. Tylko raz. Dołącz do mnie. Razem możemy osiągnąć naprawdę wiele. Może nawet rządzić całym krajem, aż do brzegu Iseny. Jeżeli zawalczymy… nie wiesz jak zakończy się nasz pojedynek.

Nie odpowiedział.

- Jestem potężna. Zabiłam swoją nauczycielkę i niejednego rycerza...

Nie odpowiedział. To zaniepokoiło czarownicę.

- Odpowiedz coś!

- Ze złem się nie negocjuje – rzucił Shora.

Czarownica wyprostowała rękę, a w jej dłoni zmaterializował się ciemny miecz, smukły, pozbawiony jelca. Rzuciła się w stronę nieznajomego. Wyskoczyła i zamachnęła się, spadając prosto na mężczyznę. Sparował. Kiedy ich klingi się spotkały posypały się zielonkawe iskry. Podniósł się kurz. Odrzucił kobietę. Ta sięgnęła do klamry swojej szaty i rozpięła ją. Ubranie opadło, odsłaniając przylegającą do ciała koszulę. Brak chusty odsłonił piękne oblicze kobiety z dalekiego wschodu, o długich, białych włosach.

Ułożyła klingę na ramieniu i ruszyła do przodu. Pchnęła, ale nieznajomy uchylił się. Zaatakowała dziko. Cięła i pchała, jednak jej broń nie spotkała się z mieczem przeciwnika. Ten jedynie uchylał się, coraz bardziej się cofając. W końcu zakręcił ostrzem, przygwożdżając miecz przeciwniczki do ziemi. Zatrzymali się. Ona puściła mu dzikie spojrzenie, jednak Shora pozostawał na to obojętny. Nagle czarownica puściła broń, a ta rozsypała się jak poprzednio włócznia. Kobieta wyprostowała się, kiedy w jej drugiej dłoni pojawił się identyczny oręż. Mężczyzna musiał uskoczyć bez broni by nie stracić ręki. Uchylił się. Kobieta natarła. Praca nóg nieznajomego była zdumiewająca. Kiedy kolejny raz ręka przeciwniczki spróbowała zadać śmiertelny cios, złapał ją i pociągnął. Wiedźma straciła równowagę. Upadła. Korzystając z chwili wystawił rękę, a miecz sam do niej wrócił, idealnie w momencie by zablokować kolejny cios.

Ponownie zaatakowała. Ich klingi spotykały się w powietrzu z niewiarygodną prędkością. Poruszali się tak szybko, że oglądającym ich wieśniakom wydawało się, że dwójka walczących stała się jednym. Szczęk metalu obijanego o metal rozszedł się po całej okolicy. Wiedźma napierała coraz bardziej, zmuszając Shorę do wycofywania się w kierunku rzeki. Wszedł na konar przewalonego drzewa, łączącego dwa brzegi. Czarownica podążyła za nim. Szybkie spojrzenie pod nogi. Cięła drewno, a jej miecz bez problemu przebił cały pień. Kłodę porwał nurt. Wymieniali uderzenia dalej, nie zważając na otoczenie. Nieznajomy ułożył klingę wzdłuż pleców, blokując widmowe ostrze wiedźmy.

- Jesteś silny, Shora, wyczuwam drzemiącą w tobie moc – rzuciła, a na jej twarzy pojawił się pełen pasji uśmiech. - Jesteś potężny, ale nie wykorzystujesz swojego pełnego potencjału. Blokują cię zasady i moralność… Mogę pokazać ci inną ścieżkę. Drogę do potęgi!

Mężczyzna odrzucił jej miecz.

Znów rozpoczęła się zaciekła walka. Tym razem oprócz mieczy dołączyły do niej również pięści i buty. Kobieta skakała, unikała, była przebiegła i zwinna. On natomiast cechował się siłą i szybkością. Nurt się zmienił. Dotarli do wodospadu. Konar był mokry. Nieznajomy poślizgnął się. Czarownica natarła. Trasa się skończyła. To wszystko zbiegło się razem w czasie.

Shora runął. Spadł do wody, ale czarownica wiedziała, że to nie koniec. To nie mógł być koniec. Dla zwykłego człowieka tak, ale nie dla Shory. Zeskoczyła i z gracją wylądowała na wystającej z wody skale. Rozejrzała się. Nigdzie nie widziała przeciwnika. Starała się go usłyszeć, ale szybko zdała sobie sprawę, że było to niemożliwe. Spadające tumany wody skutecznie to uniemożliwiały. W końcu go dostrzegła, a raczej jego miecz, zakłócający ścianę wodospadu. Użyła swojej mocy. Otworzyła dłoń i uniosła ją w górę, tworząc suche przejście pod wodospadem. Spokojnie przeszła, odkrywając jaskinię. Stał tam. Widziała jedynie ostrze jego miecza. Było ciemno.

- Wybrałeś sobie niekorzystny teren do walki – powiedziała, unosząc broń nad głowę. To samo uczynił nieznajomy. W takich pozycjach zbliżyli się. Dzielił ich niecały metr, kiedy zaczęli wymieniać wysokie cięcia. Czarownica nie mogła tego pojąć. Mężczyzna powinien być ślepy w ciemnościach, ale z jakiegoś powodu potrafił widzieć nie używając oczu. Nie potrafiła przebić się przez jego obronę. Odrzuciła ostrze i wystawiła dłonie. Wydała z siebie rozdzierający okrzyk, kiedy z jej palców poleciały błyskawice. Mężczyzna zasłonił się klingą, która zaabsorbowała wyładowanie. Siła była jednak tak wielka, że powoli, mimo zaparcia, posuwał się w tył. Wiedźma zobaczyła to i natarła z całą mocą. Błyskawice wyrzuciły nieznajomego. Przebił się przez ścianę wody, przeleciał nad sadzawką i upadł na skalistą ziemię. Podniósł się ciężko, w chwili kiedy białowłosa wylądowała obok. Wymienili dwa ciosy. Mężczyzna wysunął dłoń i odepchnął ją. Dystans powiększył się do paru metrów.

- Przybyłeś po to by mnie zniszczyć? - spytała czarownica tworząc sobie nowy miecz.

- Zrobię to co będę musiał – odpowiedział Shora, przybierając pozycję bojową.

Wznowili pojedynek. Gdyby nie mistyczna moc, którą obydwoje władali już dawno opadliby z sił. Tym razem to ona się cofała. Nieznajomy zepchnął przeciwniczkę na skały. Dwumetrowe maczugi tworzyły istny kamienny las. Mężczyzna wykonał obrót, zakręcił mieczem i wystawił dłoń, posyłając kobietę w tył. Siłą woli chciał zepchnąć wielki kamień i przygnieść służebnice złych mocy, ale ta zatrzymała kamień w powietrzu. Spojrzała wymownie na oponenta i odrzuciła skałę. Kolejna, mniejsza poszybowała w kierunku Shory. Mężczyzna zasłonił się mieczem i skupił energię. Klinga rozcięła kamień. W drugiej dłoni wiedźmy pojawił się sztylet. Rzuciła nim. Ostrze przeszyło ze świstem powietrze, wbijając się w ramię przeciwnika. Zniknęło, ale rana nie. Shora powstrzymał się, ale ból rozlał się po całym ciele. Wymienili kilka ciosów. Czuł, że kobieta zaczyna przejmować inicjatywę. Czuł, że miała przewagę. Czuł, ze jeżeli zaraz czegoś nie zrobi pojedynek już niedługo dobiegnie końca. Przed jego oczami pojawili się mieszkańcy wsi. Twarze, które widział jedynie przez chwilę, ale które wryły się w jego pamięć. Przypomniał sobie po co i dla kogo walczy. Wtedy kontratakował.

Zmobilizował wszystkie siły. Natarł z szybkością i furią zaszczutego tygrysa. Ciął, parł, kontratakował. Jego ruchy przypominały taniec, idealnie wyćwiczone przedstawienie, ciągnące do z góry zaplanowanego finału. Zakręcił ostrzem i przygwoździł klingę kobiety do ziemi. Wysunął dłoń i wypuścił tyle mocy, by posłać czarownicę kilka metrów dalej. Kobieta uderzyła o skałę. Poczuła chrupnięcie w kręgosłupie. Zanim zdążyła się pozbierać zobaczyła rozłożone ręce Shory, a także dziesiątki niewielkich skał unoszących się w powietrzu. Na twarzy mężczyzny pojawił się mimowolny uśmiech. Wykonał subtelny ruch nieuzbrojoną dłonią, a kamienie pofrunęły prosto na czarownicę. Ta użyła swoich mocy by stworzyć dwie ciemne tarcze, ale mniejsze odłamki i tak zdołały przedrzeć się i boleśnie ranić jej ciało. Shora zbliżał się z mieczem przygotowanym do zadania ostatecznego ciosu.

Był już blisko, kiedy czarownica wybuchnęła błyskawicami, a ostatnie kamienie opadły. Klingi ponownie się skrzyżowały. Tym razem cios wiedźmy był słaby, bez zaangażowania, pozbawiony mocy. Mężczyzna natychmiast to wykorzystał. Obrócił się, blokując ostrze przeciwniczki i zadał cios pięścią w twarz. Zamroczyło ją. Na chwilę, ale tej chwili właśnie potrzebował.

Ciął.

Tylko raz. Bezbłędnie czysto. W sam środek brzucha. Kobieta zamarła. Przez chwilę wydawało się, że rozpadnie się na miliony kawałeczków, lub stopi niczym gorąca stal bez formy, ale nic takiego się nie stało. Po prostu upadła, a w jej oczach zgasło życie.

Shora upadł na kolano. Potrzebował odpocząć.

 

***

Nieznajomy powrócił do wsi. Mieszkańcy zdołali już pozbyć się większości leżących ciał, wrzucając ich do wspólnej mogiły. Kiedy wszedł do osady powitały go spojrzenia, oklaski i uśmiechy ludzi. On jednak skierował się do „Pod wilczym ogonem”. Miał tam niedokończoną herbatę.

- Jesteś, kolego! - krzyknął szczęśliwy Bago, biegnąc w jego stronę. Niziołek wyglądał tak jakby właśnie ogłoszono festyn jedzenia pączków. - Cieszę się, że nic ci się nie stało! Słyszeliśmy huk, a mały Tim twierdził, ze widzi błyskawice! Masz u mnie darmową herbatę do końca życia, a nawet dłużej, a co mi tam!

- Dziękuję.

Mężczyzna usiadł na poprzednim miejscu, przed swoim naparem, który całkiem już wystygnął.

- Nic się nie przejmuj. Jago! Zrób nowy napar!

- Nie trzeba.

- No jak chcesz, ale to tak jakbyś jadł pączek bez nadzienia. Ale nie o tym. Twój miecz. Widziałem, a wzrok Bago Gwizdawka jest nieomylny. Jesteś członkiem Zakonu Shora.

- Owszem.

Niziołek spojrzał na nieznajomego inaczej niż do tej pory. W jego oczach pojawiło się uznanie, podziw i lekka nutka strachu. Shora pił herbatę.

- Zostałeś tu wysłany by nam pomóc?

- Nie, po prostu tędy przechodziłem – odpowiedział kończąc napój. Wstał i spojrzał na panoramę wioski.

- To czemu nam pomogłeś? - spytał karczmarz, lekko krzywiąc swoją okrągłą twarzyczkę.

- Bo tego potrzebowaliście.

- Czyli to był przypadek… Podobają mi się takie przypadki – zaśmiał się niziołek. Zauważył, że na twarzy nieznajomego również pojawił się uśmieszek.

- Nie ma czegoś takiego – odpowiedział tajemniczo. Bago skrzywił się, ale Shora nie uznał za stosowne rozwinąć tematu. Podszedł i poklepał gospodarza po ramieniu.

- Bywaj, kolego.

Odwrócił się i ruszył w swoją stronę. Szedł dalej, na południe. Bago obserwował jego oddalającą się sylwetkę, powoli znikającą w pomarańczowych promieniach zachodzącego słońca.

Czas czytania: ok. 15 minut

Gatunek: western/fantasy

Radosław Gryczka

white flowers on green grass
31 lipca 2026

Pojedynek

Czy można połączyć western i fantasy? Okazuje się, że można, a dokonał tego Radosław Gryczka: mała wioska na odludzi. Grupa rabusiów dowodzona przez jest złą czarownicę. Napadają oni na niczego nie podejrzewających mieszkańców. Przeciwko najeźdźcom stoi tajemniczy, samotny wędrowiec, który postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Ma zamiar walczyć z nimi i stawić im opór. Zaczyna się pojedynek między siłami dobra i zła na ubitej, twardej ziemi.

RADOSŁAW GRYCZKA

Absolwent historii na Uniwersytecie Warszawskim. Od września 2024 r. aktywny nauczyciel.

Pisanie traktuje jak przygodę życia. Inspiracje czerpie z historii, rozmów z ludźmi i otaczającego go świata. Chciałby tworzyć coraz lepszą prozę, która dostarczyłaby czytelnikowi nieco wytchnienia i zapomnienia w zabieganym, współczesnym świecie. Nie zamyka się w jednym nurcie literackim, eksperymentując z literaturą dziecięcą, horrorem, science-fiction a nawet kryminałem.

Zdobywca nagrody za II miejsce w 2. edycji konkursu grozy „Za Drzwiami Horroru”. Jest autorem kilku artykułów historycznych. Pod koniec 2024 r. debiutował literacko książką dla dzieci pt. „Wyprawa pana Abakanowicza”.

INSTAGRAM

FACEBOOK

Stwórzmy nowy wymiar literatury

Opowiedz o nas rodzinie, znajomym, kolegom, koleżankom i przyjaciołom.

U nas każdy znajdzie coś dla siebie do poczytania, czy to z rana, czy wieczorkiem...

Po pracy, po zajęciach, po szkole, po powrocie do domu.

 

U nas znajdziesz tylko takie artykuły,które rozbudzą Twoje emocje!

(+48) 787 913 926 (preferowany kontakt SMS)

redakcja.atrament@o2.pl

Włocławek

Atrament to internetowe, nowoczesne czasopismo literackie, łączące różne style: od vintage po dark akademię. Chcemy być oryginalni. Publikujemy u nas wiersze, teksty zasłużonych wielkich mistrzów pióra z domeny publicznej, utwory początkujących autorów, i co najważniejsze, ciekawe, wciągające, zmuszające do myślenia artykuły, recenzje oraz zapowiedzi książek.

pile of assorted-title books

Media społecznościowe

A website created in the WebWave website builder.