Negatyw

Kiedy tak leci w górę doliny i patrzy na dachy domów, przychodzi mu na myśl, że ona zawsze miała rację. Jego czas się kończy, właściwie to jest już poza nim, a jednak tylko to zaprząta mu głowę – ona zawsze miała rację. I tak kurewsko jej za to nienawidzi, że w tych ostatnich momentach świadomości nie potrafi myśleć o niczym innym. Jego czas się kończy, właściwie to jest już w bezczasie, a i tak buzuje w nim tylko to jedno.

Zapytał turystów, dokąd chcą jechać – odparli, że do Ivrei. Nie jechał tam, nie było mu po drodze. A jednak wsiedli. Wyglądali na zmęczonych. I jakby mieli dość. Często widywał piechurów, którzy porwali się z motyką na słońce – w tym wypadku niemal dosłownie. Tutejsze tereny nie wybaczały błędów, a oni widocznie wybrali się na dłuższą wycieczkę.

Tego ranka zrobiła mu awanturę – i jak zwykle miała rację. Powinien być bardziej stanowczy i nie zgodzić się na wypasanie owiec u nich na polu. Ale nie potrafił odmówić staremu Angelo. Jego owce były nieszkodliwe, skubały sobie trawę, jak na owce przystało, ale niestety srały gdzie popadnie. Ich gówna były jeszcze do zniesienia, stanowiły jakby element krajobrazu, natomiast psie – już nie. A przynajmniej nie dla niej. Miała rację co do tego, że powinien był odmówić staremu wypasu. Ona zawsze ma rację.

Ale stary chodzi przecież tędy od lat, każdej jesieni. Jak miałby mu powiedzieć, że nie może zatrzymać się na ich łące na te dwie godziny, dwa razy w tygodniu? „Nie chcę go tutaj! – krzyczała tego ranka – i nie chcę jego mięsa ani mleka!”. Angelo ma osiemdziesiąt dwa lata i trzydzieści dwie owce, a doglądają ich razem z nim dwa psy pasterskie. W młodości pilnował trzystu, tak twierdzi. On jednak nie może tego pamiętać, bo mieszka tu dopiero od dziesięciu lat, dostał tę ziemię po dziadkach. A razem z nią odziedziczył układ: jesienny wypas w zamian za mięso. Kiedy stary idzie ze stadem, nie zabiera ze sobą nawet butelki wody, choć nadal jest trzydzieści stopni, mimo końcówki września. Ale Angelo jest przyzwyczajony, pasie owce od młodości i od młodości jest ze słońcem za pan brat. A on nie ma serca przepędzić pastucha z ich ziemi.

Wsiedli do auta, bo powiedział, że podrzuci ich do tej Ivrei. Będzie co prawda musiał zjechać z drogi, ale ich podrzuci. Ucieszyli się. Chłopak oznajmił, że od dwóch godzin próbowali złapać jakieś auto. I że są z Belgii. Twierdził, że jego dziewczyna się odwodniła, że w ich kraju nie ma takich temperatur. Dla nich ponad trzydzieści stopni to jednak upał, zwłaszcza na trawiastych górskich zboczach. Powiedział mu wtedy, że tutejsze góry nie mają litości i potrafią wycisnąć z człowieka ostatnie poty, dosłownie.

Na horyzoncie dolina ciemnieje, zupełnie jakby się kończyła. Wygląda jak źle wywołane zdjęcie. A może to w oczach mu ciemnieje? Sam nie wie. Leci, choć właściwie ma wrażenie, że stoi w miejscu, że tylko unosi się na prądzie powietrznym, a to dolina porusza się pod nim, trochę jak przekładana w palcach klisza. I nagle w dole widzi stado Angela: przesuwa się wzdłuż drogi poniżej ich poletka, widocznie ona go przegoniła. „Mam dość psich gówien!” – wykrzyczała mu tego ranka, a on wie, że miała rację. Jak zawsze. A może pastuch sam się domyślił i postanowił u nich nie zatrzymywać? Stada z dwóch stron strzegą dwie czarne plamki, widzi je stąd dobrze, bo wyróżniają się na żółtym tle traw. To psy starego. Pewnie jak zawsze łypią złowrogo na tych kilku mijanych turystów. Niektórzy z nich są na tyle głupi, że próbują pogłaskać je albo owce. Ale kundle szybko przywołują takich do porządku. I nie pozwolą nikomu zbliżyć się do starego.

Kiedy tak patrzy prosto w dół, wszystko wydaje się płaskie i dwuwymiarowe. Widzi teraz dziwaczną plamę, która co rusz zmienia kształt i się przesuwa. To się powiększa, to za chwilę zmniejsza. Trochę jak jakaś bakteria, drgająca i chaotyczna. Dociera do niego, że to przecież dzieciaki wybiegły ze szkoły na boisko i rozlazły się po nim jak mrówki. Próbuje skupić na nich wzrok, a wtedy zostaje jakby rzucony na dół. I jest teraz blisko chłopca, a tym chłopcem jest jego syn.

Turyści mieli twarze spalone słońcem, w ich kraju nie piecze ono aż tak bardzo. „Przecież jesteśmy na północy Włoch, przecież specjalnie wybraliśmy drugą połowę września, żeby móc chodzić tu po górach” – skarżył się chłopak, podczas gdy jego narzeczona piła wodę z butelki. Tę wodę zaoferował jej on, „tam na tylnym siedzeniu wala się zgrzewka niegazowanej” – powiedział i kazał jej się częstować. Opróżniła dwie półlitrowe butelki, jedna po drugiej. Mimo to nadal nie wyglądała za dobrze. Wyjaśnił chłopakowi, że okoliczne góry są łyse jak kolano, wolne od wszelakiego cienia, a więc w upale zjadliwe, nawet jesienią. Do tego trudno w nich o źródła wody, a jeśli nawet, to jest ona prawdopodobnie zanieczyszczona odchodami wypasanych na zboczach zwierząt. Ponadto granitowe skały się nagrzewają, więc powietrze dookoła wrze. „Nasza serra jest zjadliwa” – dodał na zakręcie w stronę Ivrei, tym przeklętym zakręcie, którego tak nie lubił. Ale dziś to nie on go zdradził.

Widzi, jak jego syn popycha drugiego chłopaka, jak tamten upada. „Za bardzo mu pobłażasz” – mówiła zawsze i dodawała, że gówniarz jest rozpuszczony jak dziadowski bicz. I że to jego wina, bo zawsze pozwala mu na zbyt dużo. Czy miała rację? Pewnie tak. Patrzy, jak jego syn kopie chłopaka w udo. I już sam nie wie, czy to on, czy może jednak jakieś inne dziecko, to przecież niemożliwe, żeby jego słodki chłopiec był tak okrutny. To przecież niemożliwe, żeby i w tym miała rację. A jednak.

Zerknął w lusterku wstecznym na twarz dziewczyny i pomyślał, że być może powinien ją zawieźć prosto na pogotowie. To przez jej oczy – były jak za mgłą. W dodatku zaczęła chyba majaczyć. „Po co wsiedliśmy do tego auta?” – spytała po francusku, a on zrozumiał, bo przecież przez lata prowadzał wycieczki po dolinie. Potem wybełkotała coś jeszcze, ale język za bardzo kleił jej się do podniebienia, żeby można było rozpoznać jakieś słowa. Przez chwilę miotała się, jakby zła na swoje ciało, że jej się sprzeciwia. „Po co wsiedliśmy do tego auta?” – powtórzyła w końcu, a on i jej chłopak wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

Jego syn w jednej chwili przestaje kopać tamtego i sam upada na ziemię, zupełnie jakby to jemu działa się krzywda. Przypomina trochę blefujących na boisku piłkarzy. A on nie wie, skąd ta nagła zmiana, póki nie widzi, że do chłopców podbiega nauczycielka. Swojego syna nie poznał od razu, ale ją rozpoznaje natychmiast, bo to przepiękna kobieta. Nawet ona to zauważyła i czasami mu przygadywała. „Ty idź na wywiadówkę, przynajmniej popatrzysz sobie na jej cycki” – mówiła z przekąsem. Nie cierpiała chodzić na zebrania dla rodziców i zawsze go na nie wysyłała. I zawsze mówiła w ten sposób o nauczycielce. Ale nie była zazdrosna. I miała rację, jak zawsze.

Jego syn ma teraz minę niewiniątka, można by przysiąc, że sam jest ofiarą. A on zna tę minę. Zna ją dobrze – zawsze w nią wierzył. A teraz patrzy i widzi wyraźnie, choć sam nie wie, czy mu się nie zdaje, że to tylko maska. Młody tyle razy ją zakładał, tyle razy stosował wobec niego… A teraz okazuje się, że to tylko gra. „Gówniarz wodzi cię za nos, jak chce, a ty dajesz się nabrać” – mówiła. „Jesteś za miękki, za dobry. Kiedyś napytasz nam przez to biedy”.

Minęli dom Claudia, więc odruchowo pomyślał o córce. Turystka na tylnym siedzeniu mogła być od niej najwyżej pięć lat starsza, nie dałby jej więcej niż dwadzieścia. I już włóczyła się z narzeczonym po obcym kraju. Nie był pewien, czy sam by na to pozwolił. Chociaż z drugiej strony czy mógłby zabronić podróżować dwudziestolatce? Spojrzał w lusterku wstecznym na dziewczynę – wciąż nie wygląda za dobrze. Przyszło mu na myśl, że ją uratował. Gdyby postała na tym asfalcie jeszcze z godzinę, byłoby po niej. Przez chwilę poczuł się jak bohater. Niedoceniany, bo przecież ona zawsze mu powtarzała, że jest zbyt dobry i że jego uprzejmość kiedyś obróci się przeciwko niemu. A teraz proszę – wiózł do Ivrei dziewczynę z obcego kraju, która gdyby nie on, prawdopodobnie umarłaby z pragnienia. O tej porze nikt tędy nie jeździ, musieliby czekać na następne auto do wieczora. A i tak pewnie nikt by się nie zatrzymał. Lato wypaliło w ludziach resztki empatii, każdy marzył jedynie o tym, by jak najszybciej zaszyć się w domu, za zamkniętymi okiennicami. Ale w nim nawet słońce serry niczego nie zdołało wypalić, on zawsze był zbyt uprzejmy, ulepiony z innej gliny, a ona zawsze mu to wypominała, zupełnie jakby było wadą. Już nie mógł się doczekać, aż wróci do domu i opowie, jak uratował turystkę z Belgii. I że wcale nie obróciło się to przeciwko niemu, bo niby jak by mogło? Tym razem udowodni jej, że się myliła.

Odwraca wzrok od dzieci, nie może dłużej patrzeć na tego swojego syna nie syna. I buzuje w nim złość na samego siebie, że dał się gówniarzowi tak ogłupić. Jego czas się kończy, zwężenie doliny zbliża nieubłaganie, ciemne i kryjące w sobie nieznane, a on myśli tylko o tym, że ona zawsze miała rację, a ich syn jest podłym dzieckiem. Najchętniej zszedłby tam na dół i złoił mu porządnie skórę. Nie dałby się więcej nabrać na tę minę niewiniątka, o nie! Klisza doliny przewija się pod nim jak na jakimś dziwnym projektorze, jednocześnie wolno i szybko, łagodnie i bez litości. Ten negatyw ma swój koniec, widzi to wyraźnie – w górze doliny, u jej zwężenia, wszystko się bowiem zaciemnia i zanika w niebycie. I on też za chwilę tam dotrze i zniknie, a mimo to nie potrafi myśleć o niczym innym: chciałby zejść na ziemię i spuścić młodemu lanie.

Turyści wybrali się na Mombarone z Sordevolo, a potem zeszli w stronę San Giacomo. Woda skończyła im się już na szczycie. „Chcieliśmy jeszcze zaliczyć Tre Vescovi – oznajmił chłopak – ale zrezygnowaliśmy, mimo że to przecież rzut beretem”. Wyjaśnił mu wtedy, że przy takim słońcu ilość wody, którą trzeba wnosić, jest zbyt duża, za ciężko się to dźwiga i zbyt dużo potu kosztuje. „Na naszą serrę najlepiej przyjechać wiosną, wtedy na północnych stokach jest jeszcze śnieg, który przyjemnie orzeźwia”. Zaczął mówić o lodowatym wiosennym wietrze w nadziei, że to jakoś pomoże dziewczynie. Ale ona zdawała się nie słuchać, a spojrzenie miała mętne.

Obraca się w powietrzu, żeby spojrzeć za siebie, w stronę wylotu doliny. Ale wszystko się rozmazuje w oślepiającym blasku, zupełnie odwrotnie niż z drugiej strony, gdzie tonie przecież w ciemnościach – jak na prześwietlonej kliszy. Z góry rozpoznaje teraz dom Claudia. Skupia na nim wzrok i oto rzuca go nagle na dół, i patrzy na dziewczynę, a tą dziewczyną jest jego córka. Widzi ją właśnie tam, w ogrodzie rodziców swojego chłopaka, kiedy bierze jego dłoń i wkłada sobie pod spódnicę. Claudio wyrywa rękę i się odsuwa, a on tu, na górze, miota się jak szalony, bo najchętniej zszedłby na ziemię i dał dziewczynie w twarz. Ale nie może, bo tam jest tylko jego widzenie, on sam zaś unosi się niczym szybowiec. Nie spoliczkowałby córki za niewłaściwe zachowanie, o nie! Zupełnie nie o to chodzi! Po prostu pokazała mu, że jej matka znowu miała rację. „Rozdziewiczyliśmy się w jej wieku” – mówiła mu kilka dni wcześniej, a on się upierał, że jego mała księżniczka ma jeszcze mleko pod nosem, za to piersi nie ma wcale, zaś Claudio sam przypomina dziewczynę. I że to ich całe chodzenie ze sobą to tylko zgryw przed rówieśnikami. „Tobie mój brak piersi nie przeszkadzał – powiedziała mu wówczas – za to teraz możesz nadrobić, kiedy gapisz się na nauczycielkę”. Miała rację.

Jeszcze dwa zakręty i mieli wjechać do miasta. Dziewczyna nawet nieco się ożywiła, zupełnie jakby widok cywilizacji podział na nią krzepiąco. „Jest pan moim bohaterem” – powiedziała na dwie sekundy przed tym, nim pękła opona w aucie. Uśmiechnęła się do niego w lusterku wstecznym dokładnie w momencie wybuchu i wyglądało to tak, jakby to ten jej uśmiech spowodował huk. Bardzo go to zdziwiło, a potem zdziwił się jeszcze bardziej, kiedy zobaczył w dole dolinę. Ale siebie nie widział, ani auta. Ani tego drugiego samochodu, z którym jego stary gruchot zapewne obejmował się teraz czule, jakby na złość wszystkim pasażerom. Im ciaśniejszy był splot blaszanych kochanków, tym okrutniejszy widok w ich wnętrzu.

Czy tak samo splotą się i oni, tam na dole, w ogrodzie pod domem Claudia? A ona? Słyszy wycie straży pożarnej i karetek? Nie może, bo przecież ich dom jest za daleko od tego zakrętu, od Ivrei. Po odwiezieniu turystów musiałby się do niego wracać przez dwadzieścia minut. Nie może zatem słyszeć syren, to niemożliwe. On zaś już nie musi wracać, już nigdy nie będzie musiał, wracanie przestało dla niego istnieć. A jednak kiedy tak leci w stronę ciemniejącego zwężenia doliny, myśli właśnie o tym, ile czasu by mu zajął powrót i czy by zdążył, nim zaczęłaby wściekła układać w podcieniach drewno na zimę. Potem powiedziałaby, że znowu musi robić wszystko sama, bo on postanowił być uprzejmy.

Całują się teraz, Claudio chyba zaczyna się nieco ośmielać i łapię ją za pierś, a on odwraca wzrok, bo nie chce być tego świadkiem. Ale potem znowu patrzy, nie może wciąż uwierzyć, że to ta sama dziewczyna, która mieszka w jego domu. Wygląda inaczej – to już nie jego córka, a jakaś obca osoba. Miała przecież wrócić prosto po szkole i pomóc matce z tym drewnem, dzisiaj mieli je przecież przywieźć! Pewnie znowu powie, że rozładował jej się telefon, a on już teraz wie, co robiła, kiedy rzekomo rozładowywał jej się wcześniej. Jego czas się kończy, zwężenie doliny przysuwa się coraz bliżej i bliżej, a on myśli tylko o tym, że córka go okłamywała.

Próbuje odszukać wzrokiem zakręt drogi i samochody na nim, ale klisza w tym miejscu jest jakby wypalona. Nie może zatem widzieć na siebie z góry, tak jak mu to obiecali w tych wszystkich dziwnych opowieściach. Widocznie to tylko bujdy, widocznie nikt nie ma potrzeby oglądać własnego trupa. Może za to zobaczyć wszystkich, których zostawił, może zobaczyć i ją, ale na to nie ma teraz ochoty. To pewnie przez tę złość, że znowu miała rację. Nawet nie da rady jej powiedzieć, że ta parszywa opona mogła pęknąć równie dobrze gdzie indziej, niekoniecznie na drodze do Ivrei. Zginąłby tak czy inaczej, tylko w innym miejscu. Ale ona będzie wiedzieć swoje, tego jest pewien. Do końca życia będzie opowiadać już tylko o tym, że została wdową przez tę jego zakichaną uprzejmość.

Leci nad doliną i znowu myśli o pastuchu. Stary lada dzień wybierze, które zwierzęta pójdą na ubój. Dawniej trzymał owce na wełnę, ale nikt już jej nie kupuje, więc teraz hoduje je na mięso. Albańczycy z Borgofranco i Ivrei zawsze są chętni na jagnięcinę, a Angelo jest zadowolony, ponieważ nie lubi trzymać młodych przez zimę – to kosztuje. Woli ubijać je jesienią, kiedy tylko osiągną odpowiednią wagę. Dlatego narzeka na tych niewielu klientów, którzy wolą baraninę. „Nie rozumiem, czemu te patałachy upierają się na sztuki ponadroczne” – mówi. Angelo przez zimę wolałby trzymać tylko sztuki na rozród, no ale nie może wybrzydzać, bo to kupujący decydują, a ich z roku na rok jest coraz mniej.

Ciemny trójkąt doliny jest tuż tuż, powiększa się z każdą chwilą, a on nagle pragnie ją jednak zobaczyć. Chce się upewnić, jak bardzo jest zagniewana, musi być, bo przecież nikt nie pomaga jej z drewnem. A ponieważ ich wioska i dom są już za nim, obraca się w powietrzu, ale za sobą widzi tylko blask tak oślepiający, że oczy bolą od samego patrzenia. I przychodzi mu do głowy, że może to i lepiej, bo przecież nie chciałby ujrzeć jej obcej, tak jak widział przed chwilą swoje dzieci.

I czuje ulgę, bo już za chwilę doleci do miejsca, gdzie kończy się dolina, a wraz z nią skończą się wszystkie jego myśli.

 

Czas czytania: ok. 20 minut

Gatunek: opowiadanie

Jadwiga Ziehlke

Abstract light leaks with vertical streaks of blue and orange on a grainy texture
28 października 2026

Negatyw

Podobno po śmierci umysł ludzki osiąga spokój, jakiego nigdy wcześniej nie zaznał. A co, jeśli jest zupełnie inaczej? „Negatyw” to odwrócenie tej teorii: studium gonitwy myśli człowieka, który tkwi jeszcze gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią. Opowiadanie w pewnym sensie zahaczające o metafizykę, działające na podświadomość i przede wszystkim stawiające przed czytelnikiem wyzwanie oraz pytanie o ludzki sens ziemskiego życia. Jadwiga Ziehlke opisała to w sposób wręcz magiczny, a zarazem hipnotyzujący, co czyni ten tekst niezwykle głęboki.

JADWIGA ZIEHLKE

Pisanie to dla niej forma sztuki i nie zgadza się z tezą, że jest to praca jak każda inna. Sama pisze od dziecka, ale dopiero po trzydziestce zaczęła układać swoje teksty w powieści. Lubi historie z pogranicza snu i jawy, mieszanie świata realnego ze światem wyobraźni, zaskakujące porównania oraz nieoczywiste wątki.

Autorka pięciu powieści (premiera ostatniej w listopadzie 2026). Uwielbia podróże, podczas których poznaje różne punkty widzenia oraz rozmaite modele życia. Wspina się, biega na nartach i przytula wszystkie koty, które spotyka na swojej drodze. Zawodowo zajmuje się redakcją tekstów.

INSTAGRAM

FACEBOOK

Stwórzmy nowy wymiar literatury

Opowiedz o nas rodzinie, znajomym, kolegom, koleżankom i przyjaciołom.

U nas każdy znajdzie coś dla siebie do poczytania, czy to z rana, czy wieczorkiem...

Po pracy, po zajęciach, po szkole, po powrocie do domu.

 

U nas znajdziesz tylko takie artykuły,które rozbudzą Twoje emocje!

(+48) 787 913 926 (preferowany kontakt SMS)

redakcja.atrament@o2.pl

Włocławek

Atrament to internetowe, nowoczesne czasopismo literackie, łączące różne style: od vintage po dark akademię. Chcemy być oryginalni. Publikujemy u nas wiersze, teksty zasłużonych wielkich mistrzów pióra z domeny publicznej, utwory początkujących autorów, i co najważniejsze, ciekawe, wciągające, zmuszające do myślenia artykuły, recenzje oraz zapowiedzi książek.

pile of assorted-title books

Media społecznościowe

A website created in the WebWave website builder.