Dłonie

„Ta dłoń może być garścią i może być pięścią;

zaciśnięta, otwarta,

miękko oczekująca, gruzłowato twarda,

kanciasta na kamieniu, okrągła na ciepłej piersi,

zdolna uderzyć w stół lub przesypywać zapach

pszenicznych ziaren,

dłoń, która umie pełną garścią złapać

grudki słońca, co w rzece pełgają zmrożonym żarem

lub pustą pięścią tłuc z zamkniętą bramę,

ta dłoń jest tak jak zawsze

tylko dłonią i więcej nic w niej się nie zawrze

poza nią samą”.

Stanisław Barańczak, Ta dłoń może być garścią i może być pięścią

 

Otworzył oczy i przez chwilę nieprzytomnym wzrokiem rozglądał się po pokoju. Nie musiał dużo myśleć, by wiedzieć: znów, jak co wtorek, śniły mu się dłonie. 
Obejmowały go, otaczały jak blado-beżowy mur opleciony gałęziami żył. Atakowały jego ciało czymś na granicy przyjemności i bólu: ciepłem, rozchodzącym się po skórze uczuciem spokoju, przemieszanego z nagłym lękiem. Był pewien, że zna ten dotyk. Nawet we śnie wiedział, że musi go odnaleźć.
Szukał go zresztą od dawna: w dłoniach nauczycieli, wydających resztę kasjerek, urzędników, księdza przychodzącego po kolędzie i przygodnych dziewczyn, które poznawał w klubie Lonely. Uwielbiał przyglądać się  rękom w autobusie i w kościele, do którego specjalnie po to przychodził. W Boga nie dowierzał. Po pierwsze nigdy nie widział jego rąk. A po drugie, gdyby istniał, na pewno nie pozwoliłby, żeby tak się tym szukaniem męczył. Księdza w domu też przyjmował tylko przez jego dłonie, zadziwiająco drobne jak na takiego dorodnego kaznodzieję.
Oglądał w swoim życiu wiele dłoni: pulchnych i wątłych jak trzciny, gładkich i pomiętych jak papier, rozedrganych i spokojnych, łapczywych i hojnych, łagodnych i gwałtownych, zdrowych i powykręcanych, leniwych i spracowanych, wypoczętych i zmęczonych. Widział dłonie o grubych, wulgarnych palcach uwieńczonych czarnymi aureolami  paznokci i te drobne: ruchliwe i wesołe, zakończone jaskrawymi pazurkami jak figlarną pointą. Obok żadnych nie przeszedł obojętnie. 
Sam nie wiedział, czego dokładnie poszukuje, znalazł jednak sposób, by być bliżej dłoni, nie wzbudzając żadnych podejrzeń: rzucił studia, odbył praktykę u mistrza i został jubilerem. Swój zakład nazwał  „Złota rączka”, bo nic innego nie przyszło mu do głowy  i przez pierwsze tygodnie było z tym trochę zamieszania:
– Naprawia pan miksery? Zepsuł mi się i nie mogę ubić śmietany. 
– Wpadłby pan obejrzeć naszą pralkę, bo od soboty nie działa.
Jedna pani przyniosła nawet  pękniętą sztuczną szczękę. W końcu jednak wszystko się wyjaśniło, a że był jedynym złotnikiem w miasteczku, na brak klientów nie narzekał.
Był z siebie dumny, że tak sprytnie to wszystko wymyślił: teraz to nie on dłoni, ale dłonie jego potrzebowały, albo może jakoś się to wyrównywało w ogólnym rozrachunku. Do swojego prywatnego spisu szybko dorzucił bogate i próżne. Oczywiście, nie wszystkie takie bywały. Zdarzały się też skromne i ubogie, jednak     w gruncie rzeczy nie miało to większego znaczenia. Bardziej od ich statusu liczyła się dla niego faktura skóry, wyczuwalny przez nią puls, sposób, w jaki podnosiły przedmioty, jak zamykały się i otwierały, a przede wszystkim – ich dotyk, promieniujące od nich ciepło. 
Klienci go uwielbiali. Może właśnie przez tę uwagę, którą im poświęcał, bo przecież każdy lubi być dostrzeżony i zaopiekowany.
 – Proszę wyciągnąć dłoń, tak, dobrze, wspaniale.  A który to palec?
– Serdeczny. Mówiono mi, że jest pan świetny w tym, co  robi.
– Staram się. Zależy mi, żeby każda dłoń... żeby każdy klient był zadowolony. Pani ręce są naprawdę wyjątkowe.
Dłonie nie były w jego przypadku mostami, łączącymi go z innymi; tak naprawdę ludzie  niewiele go obchodzili. Nikt nawet nie przypuszczał, że cała jego czujność i zainteresowanie w istocie redukują się do rąk, ubieranych w  biżuterię. A wszystko po to, aby przyjrzeć się mapie linii papilarnych, jakby chciał wyczytać z nich przeszłość, odnaleźć  coś na kształt wskazówek. Ważył w rękach ciężar, badał zapach, kosztował ich dotyku, kiedy ocierały się o jego zręczne palce, w których podawał im wykonane przez siebie ozdoby: bransoletki, pierścionki, obrączki, czy sygnety. A może  i o tym wiedziano, ale nikomu to nie przeszkadzało?  W końcu jubiler to zawód stworzony w głównej mierze z myślą o dłoniach, nie powinno więc dziwić, że to na nich był skoncentrowany.
 
*** 
Pojawiła się w jego zakładzie w pewien piątek po południu, kiedy myślał już  o weekendzie.
– Przepraszam, że tak w ostatniej chwili. Mam nadzieję, że pan jeszcze nie zamyka?
Właśnie chciał zamknąć i pojechać do domu na kolację. Nie jadł nic, oprócz śniadania i był cholernie zmęczony i głodny. I wtedy zobaczył jej ręce. Były to niewielkie, lecz smukłe dłonie o  paznokciach w kształcie migdałów oraz gładkiej skórze o bladym odcieniu, na prawej nieco jaśniejszym, niż na lewej. Jej palce wydawały się wyjątkowo zwinne i nieco przebiegłe, w przeciwieństwie do delikatnych stawów podkreślających ich łagodność i bezbronność. Było w nich coś, co nawzajem się wykluczało, a równocześnie coś niewiarygodnie spójnego, jakby połączenie tych rozbieżności sprawiało, że stawały się kompletne i zbliżały się do ideału. Kiedy Anna podała mu dłoń na powitanie, poczuł przyjemne i niepokojące mrowienie, jakby w jego żyłach zamiast krwi, krążył szampan, albo przynajmniej musująca lemoniada. 
–  Proszę. W czym mogę pomóc? – uśmiechnął się nie do niej, lecz do dłoni. 
– Chciałam zostawić do naprawy mój pierścionek. Jest dla mnie bardzo ważny, rozumie pan, dostałam go od męża na rocznicę ślubu. – Ściągnęła ozdobę z palca.
Zabolało. Od razu powinien się domyślić, że jest z kimś związana. To byłoby niemożliwe, żeby była sama z takimi dłońmi. Był ciekaw, czy tamten potrafi je docenić.  Czy czuje ich wyjątkowe ciepło? Czy dostrzega ich niezwykłe piękno? 
– Jest pani szczęśliwą kobietą. – Wpatrzył się w miejsce na palcu, gdzie pozostało  wgłębienie po pierścionku, zastanawiając się, jak długi czas musi upłynąć, by wyrównało się ze skórą. – I pani mąż, bez dwóch zdań, też jest wielkim szczęściarzem.
Dłonie, które spotykał, czasami nosiły takie ślady, nazywał je bliznami rozczarowań, bo bardzo często powodem ich powstania bywało rozstanie. Ich głębokość wiązała się z trwałością – im były płytsze, tym szybciej nastąpił rozpad. Wierzył, że wyrównywanie się skóry następuje wtedy, kiedy w sercu człowieka zabliźnią się wszystkie rany, a zbyt szybkie zasłanianie ich nową obrączką, czy pierścionkiem, nie wróży zbyt dobrze nowemu związkowi. Wgłębienie na palcu Anny było delikatne, co napełniło go nadzieją.
 – Mój mąż jest wspaniałym człowiekiem. To poeta. Wrażliwa dusza. Na co dzień pracuje jako stróż, ale kiedy tylko ma wolną chwilę – od razu siada i pisze. Czy mogę coś panu przeczytać?
–  Proszę bardzo.
Rozsunęła kieszonkę torebki i wyciągnęła z niej złożoną na czworo kartkę. Wygładziła ją i przeczytała:
Wiem to na pewno: 
jesteś moją królewną. 
A ja twoim stróżem, 
nie wytrzymam dłużej.
– Od tego wiersza rozpoczęła się nasza znajomość. –  Westchnęła i zapatrzyła się  w przestrzeń.
–  Piękne – powiedział, zachwycony ruchem jej, składających kartkę, dłoni.
Długo nie mógł dojść do siebie po tym spotkaniu. Jej dotyk pozostawił na jego palcach niewidoczne, pulsujące dziwnym ciepłem rany. Natarczywe myśli zawładnęły nim, szczególnie kiedy naprawiał jej pierścionek. Nie reagował nawet na klientów. 
–  Przyszedłem po odbiór obrączek. Ej, słyszy mnie pan? Co pan dzisiaj taki smutny i zamyślony?
W rękach innych kobiet, które odwiedzały jego zakład, starał się odnaleźć jej dłonie. 
– Niech pani oprze rękę na blacie. Muszę się przyjrzeć pani palcom. Ech...
–  Coś z nimi nie tak? O co panu chodzi?
– Ciii...A teraz niech pani nimi poruszy. Nie tak, bardziej dynamicznie. Proszę je zginać i prostować! Wolniej, szybciej! Szybciej, wolniej! 
– Czy pan dzisiaj naprawdę zwariował?
 Nocą, leżąc w łóżku, przypominał sobie ich gładkość i szorstkość, splatające się razem, jak yin i yang. Nie mógł zasnąć. Rozmyślał. Uprowadzić ją? Mógłby to zrobić, gdy przyjdzie odebrać pierścionek. Dobrze i co dalej? Uwięzić? A jeśli tak, to gdzie: w domu, czy w zakładzie? A co jeżeli usłyszą ją sąsiedzi? Co zrobić, żeby nie krzyczała? Zakneblować? A jeśli będzie chciała uciec? Przywiązać do łóżka lub do stołu? Nie ma innej rady, musi ją do siebie przekonać.
Usiadł przy stole, próbując stworzyć wiersz, który mógłby się jej się spodobać. Zmrużył oczy, potarł palcami czoło, westchnął.
„Twoje ręce, nie chcę więcej” – napisał. Przez dłuższą chwilę siedział, próbując znaleźć odpowiednie słowa. Ściągnął z półki „Pana Tadeusza”, przeczytał dwa rozdziały. Zaparzył mocną kawę i zapalił papierosa. 
–  Twoje ręce, nie chcę więcej – wypowiedział głośno wers wiersza.
Jednak i to nie pomogło. Coś go najwyraźniej zablokowało, coś chciało, żeby się męczył, żeby trwał w uczuciu niespełnienia. A może to wina tego, że nie był stróżem? Ach, jak zazdrościł teraz wszystkim stróżom. Znał jednego –  przesiadywał na bramce w klubie Lonely. Jak  mu tam było: Mateusz a może Marek?   W każdym razie jakoś biblijnie. Postanowił, że poprosi go o pomoc. Dopił kawę, zabrał ze sobą zeszyt i wyruszył na poszukiwanie właściwych wersów.
 
***
Otworzył niewielkie skórzane pudełeczko w kształcie serca. Jeszcze raz spojrzał na leżący w nim pierścionek. Zamiast jednego, błyszczały w nim dwa brylanty, finezyjnie oplecione złotą koronką. Co tu dużo mówić, był znacznie ciekawszy od tego, który Anna dostała od męża. W pudełku zmieściła się także niewielka karteczka z wierszem, stworzonym wspólnie ze znajomym ochroniarzem, którego imienia nadal nie udało mu się zapamiętać. Kupił mu za te strofy butelczynę,  skromna zapłata jak za klucz do szczęścia.
 W dniu, w którym Anna miała przyjść po odbiór pierścionka, długo szorował dłonie, by pozbyć się śladów past polerskich. Czekał niecierpliwie, raz po raz zerkając na drzwi zakładu. Przed zamknięciem, kiedy stracił już nadzieję, w drzwiach stanął umięśniony mężczyzna. 
– Żona zostawiła...
– Pierścionek z brylantem? Jest już gotowy. Ma pan świetny gust.
–Prawda? Sam wybrałem pierścionek.
Po jego wyjściu zamknął zakład. Pojechał za nim, obserwował, do którego domu wchodzi . Nie czekał długo – po chwili, jak w telenoweli, Anna wyszła na przechadzkę. Przez chwilę jechał obok. W końcu opuścił szybę.
–  Mam coś dla pani – zawołał.
–  O co chodzi? – Popatrzyła na niego zaskoczona. 
Wysiadł z auta i podszedł do niej.
–  Proszę. – Podał jej pudełko.
–  Serio? – Roześmiała się, otwierając wieczko. 
Wyciągnęła ze środka karteczkę, przeczytała głośno treść wiersza. 
–  Sam pan to napisał? 
–  Sam – skłamał. – I zrobiłem dla pani ten pierścionek. Myślę, że pasuje do pani dłoni.
–  Nie mogę go przyjąć. – Odepchnęła jego rękę z pudełkiem. – Jak pan wie, jestem zamężna. A jak pan mnie właściwie tutaj znalazł? Śledził pan mojego męża? Nieładnie, bardzo nieładnie. Nie spodziewałam się takich rzeczy po panu. Wiersz jest słodki, pierścionek uroczy i tak dalej, ale jeśli na to spojrzeć z drugiej strony – jest pan naprawdę nieźle popaprany! – Odwróciła się i szybko opuściła miejsce spotkania, kilka razy oglądając się za siebie. Ostatnim, przystanęła na moment i popukała się  w głowę.
 
***
Dłonie Agnieszki były inne, niż dłonie Anny, ale na swój sposób również zbliżały się do ideału. Tym razem nie zauważył tego od razu, choć często odwiedzała jego zakład – była wielbicielką wykonywanej przez niego biżuterii. 
– Jak pan to robi? Te wszystkie pana wytwory są obłędne. Chyba znów muszę  zamówić  u pana bransoletkę.
– Proszę bardzo. Cieszę się, że się pani podobają.
– Podobają? Jestem w nich absolutnie zakochana!
Odkrywał jej dłonie powoli, niepewnie. Były niewielkie i nieco pulchne, jak zresztą cała ich właścicielka, pasowały do niej idealnie. Ich palce były łagodne, skóra lewej dłoni nosiła ślady po wypalonych brodawkach. Było w nich coś zabawnego i zarazem patetycznego, znów ujął go ten dualizm. Były jak hybryda: złożone z wielu niepasujących do siebie wrażeń. Po sprzedaniu jej dwóch bransoletek, czterech pierścionków i trzech par kolczyków, zdecydował się zaprosić ją na randkę. Agnieszkę wyraźnie to ucieszyło. 
– Nie zgadniesz, którą  z ozdób założę!
Założyła pierścionek z cyrkonią, który na jej dłoni prezentował się uroczo.  Zaprosił ją do restauracji i do parku. Dotyk jej dłoni nie elektryzował, ale podobała mu się wytwarzana przez nie aura, rozchodzące się od nich ciepło.
Odtąd spotykali się regularnie. Od czasu do czasu dostawała od niego jakiś drobny prezent:  to pierścionek,  to bransoletkę. 
– Dlaczego nie dostaję od ciebie żadnych wisiorków, czy kolczyków? – dociekała.
W końcu wprowadziła się do niego. Stało się to tak naturalnie, że prawie tego nie zauważył. A jednak nastąpiła ogromna zmiana – nareszcie mógł bez przeszkód obserwować jej ręce: wycierające kurz, gotujące zupę, prasujące jego koszule, zbierające z podłogi jego brudne skarpety, wieszające firanki, wałkujące ciasto na sernik, robiące manicure, sweterek na szydełku  i kotlety mielone. Nocą te same ręce dotykały jego ciała. Nareszcie w jego życiu wszystko wydawało się układać tak, jak należy. Dom był domem, praca pracą, dłonie – dłońmi. Bał się, że znów mógłby je utracić, dlatego starał się, jak umiał, by je zatrzymać. 
– Dziś wieczorem zabieram was do teatru. –  Wręczał im na przykład bukiet  polnych kwiatów.
– Nas? Czy w twoim życiu jest ktoś jeszcze? – Spoglądała na niego podejrzliwie.
W jego życiu nie było jednak nikogo, poza Agnieszką. Zrezygnował nawet ze spotkań z dziewczynami z klubu Lonely. 
Nie wiedział, w którym momencie zaczęło się coś zmieniać w ich relacji. Może było to tego dnia, gdy trzymając jej dłoń, wyczuł pod opuszkami palców miejsca wypalonych brodawek? A może wtedy, kiedy zobaczył niezdarność jej dłoni przy zakładaniu na karnisz zasłon? A może w chwili, gdy jej ręce podały mu zbyt słabo ściętą jajecznicę?      Coś było nie tak z jej rękami, choć początkowo nie potrafił sobie tego wytłumaczyć. Z rosnącym z dnia na dzień obrzydzeniem obserwował ich ślamazarność, wesołkowatość, poświęcenie. Zdarzało mu się odpychać je, kiedy miały ochotę na pieszczoty. Był coraz bardziej pewien, że znów musiał się pomylić.
– Co z nami? – zapytała któregoś dnia, kiedy z obrzydzeniem cofnął rękę przed jej dotykiem.
Nie mógł już dłużej ukrywać tego przed nią.
– Chodzi o twoje... – przerwał niepewny.
– O moje co? 
– O twoje dłonie. 
– Coś ci się w nich nie podoba? Nie pasują ci? – Wyglądała na zaskoczoną.
Milcząc, wyszła z kuchni i przez dwa dni nie odzywała się do niego. Trzeciego na parę godzin zostawiła go samego. Kiedy wróciła, jej dłonie wyglądały jakoś inaczej. Ich obrzydliwość była teraz obleczona w miękką, gładką skórę, palce wieńczył szereg hybrydowych paznokci o kształcie i kolorze zbliżonym do rybich łusek. Poruszały się też w inny, niż zwykle, sposób: emfatycznie i figlarnie, jakby odgrywały przed nim jakąś marną komedię. 
Wieczorem zaprosiła go na kolację przy świecach i wszystko byłoby zupełnie do zniesienia, gdyby nie przygotowany przez nią koncert fortepianowy. Musiał przyznać, że grała dobrze, nie pomyliła się ani razu, było w jej grze dużo emocji, tylko te ręce. Ich taniec na klawiaturze był tak przerysowany, sztuczny i pełen niepotrzebnego patosu, że kolacja podeszła mu do gardła. Jedynym, co czuł, patrząc na nie, było politowanie i niesmak. 
Tego wieczoru znów nie położył się od razu. Krążył po mieszkaniu, szukając słów, którymi będzie mógł się z nią pożegnać. Niełatwo jest ranić kogoś, kto się stara. W końcu zdobył się na odwagę. Gdy to zrobił, zakryła twarz dłońmi i zaczęła płakać. Dotknął jej ramienia.
– Nie dotykaj mnie! – odepchnęła jego rękę.
 
***
Kiedy wrócił z pracy, po Agnieszce nie było śladu. Jej rzeczy zniknęły, jakby nigdy z nim nie mieszkała. Zabrała nawet kwiaty z parapetów. Zostawiła mu tylko drzewko szczęścia, pewnie dlatego, że nie wymagało zbyt częstego podlewania.
Rozsiadł się wygodnie w fotelu, rozłożył gazetę i zapalił papierosa. Delektował się tym stanem aż do wieczora, do momentu, gdy zadzwonił telefon. Niechętnie podniósł się, by go odebrać.
– Dobry wieczór, dzwonię z policji. Dostaliśmy informację o włamaniu do pańskiego zakładu.
– Włamaniu? – Zaciągnął się papierosowym dymem. Znał ten schemat,  widział go  w którymś odcinku.  – Już tam jadę. – Zgasił papierosa w popielniczce.
Ani przez chwilę nie miał wątpliwości, kto nasłał złodziei na jego pracownię. Łudził się jedynie, że straty nie są zbyt wielkie. Kiedy znalazł się na miejscu, nadzieję szybko zastąpiła rozpacz. Zginęło niemal wszystko! I to nie tylko jego wyroby i zostawione do reperacji ozdoby, ale też narzędzia: walcarka, powiększarka, polerka. Nogi się pod nim ugięły. Dlaczego się nie ubezpieczył?! Zawsze te oszczędności. No i ta ciągła pogoń, wiecznie brakowało mu czasu. Oparł głowę o chłodną witrynę, kilkakrotnie uderzył w nią pięścią.
Wrócił do pustego domu. Usiadł na kanapie i ścisnął dłońmi obolałą głowę. Cisza wydała mu się nagle ciężka i przerażająca. Tykanie zegara brzmiało w niej  jak uderzenia młota. Zaraz, przecież nie miał zegara! Wstrzymał oddech. „To nie zegar, idioto, tylko twój własny puls” – pomyślał. Przyszła mu ochota, żeby te uderzenia raz na zawsze zatrzymać. Spojrzał na parapet, zawiesił wzrok na drzewku szczęścia, które zostawiła mu Agnieszka.
 
 ***
Kolejnych dni wolałby nie pamiętać. Nie było sensu wstawać, więc godzinami leżał. Mało jadł, bo i mało kupował – bał się wydawać niewielkie oszczędności. Co tam jedzenie; nie było go stać nawet na marzenia. Godzinami oglądał seriale. Nie zwrócił nawet uwagi na fakt, że coś  stało się z fonią i dobiegające z głośników słowa przypominały pijacki bełkot.  Wpatrywał się w ręce aktorów i aktorek, jakby przewracał kartki w albumie, który widział już setki razy. Od czasu do czasu trochę się przy tym ożywiał, podobnie jak wtedy, gdy zauważał promocję na kiełbasę w gazetce z Biedronki, chociaż i wtedy tylko na tyle, by pomyśleć, że warto ten widok zanotować w głowie na jakieś nieokreślone później. Telefonów nie odbierał. Wystarczyli mu, nachodzący go w związku ze śledztwem, policjanci, którym o swoich podejrzeniach nawet nie wspominał. Zresztą, nie miał już nawet pewności, czy to ona wszystko wymyśliła. Tak, czy inaczej, nie miał ochoty z nikim rozmawiać. Nie potrzebował żadnych pomocnych dłoni, chciał zanurzyć się w swoim nieszczęściu po czubek łysiejącej głowy.
Któregoś dnia patrząc w ekran, zwrócił uwagę na ręce, kopiące doły. Była to pierwsza rzecz od dawna, która go zainteresowała. Usiadł na łóżku i zmęczonym wzrokiem wpatrzył się w ich ruchy. Było w nich coś, co przypominało jego wcześniejsze życie, jakaś nadzieja. Był ciekaw, czy dłoniom też się nie uda, ale właśnie wtedy, po wykopaniu kolejnego dołka, niespodziewanie wyciągnęły z ziemi  skarb, ukryty – o ironio –  niespełna pół metra pod ziemią. To zdarzenie, jako pierwsza rzecz od dawna, mocno nim wstrząsnęło. Wtedy właśnie zdał sobie sprawę, że najlepszą metodą na wyjście z dołu może stać się  kopanie dołków. 
Tego dnia poszedł do sklepu ogrodniczego i kupił w nim łopatę, największą, jaką znalazł. Jeszcze tego samego popołudnia zaczął kopać. Wybrał odludne miejsce, znacznie oddalone od domu. Kopanie nie szło mu dobrze, był zbyt słaby. Nie ustawał jednak. Ból fizyczny, który przez pierwsze dni odczuwał, zdawał się mieć oczyszczające działanie, jego ciało powoli pozbywało się tego, co je zatruwało. Po dwóch tygodniach bezowocnego kopania zapał zaczął jednak stopniowo w nim przygasać. Odciski na dłoniach przypominały o kolejnych życiowych porażkach. Adrenalina gdzieś z niego uleciała. Kopał coraz mniej i robił to z coraz większą rezerwą. Na dodatek, zamiast na skarb, co rusz natrafiał pod ziemią na grube warstwy gliny, przez co kopanie stało się trudne i męczące. Do tego wszystkiego przybłąkał się do niego jakiś wygłodniały kundel, którego – nawet gdyby chciał – nie miał czym nakarmić. A poza tym wcale nie zależało mu na niczyim towarzystwie. Tylko go złościł tym łaszeniem się i wpatrywaniem w niego. 
– Paszoł won! – Tupał, ale ten wcale nie miał ochoty odchodzić. 
Miał serdecznie dość. Dość kopania, psa, a przede wszystkim – wiecznego szukania.  Jakby wszystkiego było mało, wracając do domu, wpadł do wykopanego przez siebie dołu. I wtedy go olśniło. Glina! To ona była skarbem, którego poszukiwał! Zostanie rzeźbiarzem! Tak czasem bywa, że to, co wydaje się kłodą, niespodziewanie okazuje się kładką. 
 
***
Pracownię rzeźbiarską „Hand-art” otworzył w piwnicy. Miejsca było tam dokładnie tyle, ile potrzebował. Wystarczyło na dwa stoliki i krzesła, w rogu zostało jeszcze miejsce na miskę dla Azora. Ponieważ czuł się mocny w tej dziedzinie, postanowił skoncentrować się na rzeźbieniu dłoni. Na próbę wyrzeźbił własne ręce. Wyszły nie najgorzej i natchnęło go to optymizmem.  
Pierwszym, którego zaprosił do współpracy, był ksiądz, który akurat przyszedł do jego domu z kolędą. 
–  Proszę, niech ksiądz położy ręce spokojnie. O, tak, trochę w prawo, teraz dobrze.  
– A wie pan, że dłoń w Biblii jest metaforą Stwórcy? 
– Proszę nimi nie ruszać. Tak, wiem. W innych religiach ma także...
– Inne religie, inne religie... Nie znacie dobrze swojej, ale o innych wiecie wszystko!
– Błagam, niech ręce leżą spokojnie! Chciałem tylko powiedzieć, że dłoń często coś symbolizuje. Na przykład dla mnie też jest symbolem, tylko jeszcze dokładnie nie wiem czego.
–  Jest symbolem, ale nie wiesz pan czego. – Ksiądz się roześmiał i uderzył ręką  w kolano. –  Może symbolem grzechu? –  Mrugnął do niego.
– Widziałem w kościele ten obraz z rękami – zmienił zręcznie niezręczny temat. – Kopię fresku Michała Anioła: dwie stykające się palcami dłonie.  
– To właśnie dłoń Boga przekazująca światu iskrę życia. Ta druga to ręka Adama. A swoją drogą... – Duchowny wskazał palcem w kierunku powstającej rzeźby własnych dłoni. –  Adam boskimi rękami  też został ulepiony z gliny.
– Myśli ksiądz, że to prawda, a nie tylko parabola? A może to historia stworzona na potrzeby ludu?
– Milcz, grzeszniku! –  Ksiądz nerwowo zacisnął dłonie na krześle, aż zrobiły się niemal sine.
– Pytałem tylko... 
– „Moja to ręka założyła ziemię i moja prawica rozciągnęła niebo”. Zapisane       w księdze Izaaka!
– Już dobrze, już dobrze, wierzę – skłamał potulnie. – Tylko niech ksiądz te dłonie tutaj tak oprze, o tak, pięknie, świetnie, bardzo dobrze.
Wiadomość o jego pracowni szybko rozeszła się po miasteczku. Z dnia na dzień modeli przybywało. Przychodzili z ciekawości, czy też z próżności, o życzliwość nikogo nie podejrzewał. W ciągu kolejnych tygodni rzeźbił ręce wielu dawnych klientów i klientek, ekspedientki z Biedronki, ochroniarza i kilku dziewczyn z klubu Lonely. Znów, jak kiedyś, przyglądał się dłoniom klientów, ale robił to z dużą rezerwą. Mimo wszystko pokochał tę pracę, bo mógł być w niej szczery i wyrażać się przez swoje dzieła. To dlatego wiele rzeźbionych przez niego dłoni było tak niedoskonałych, a dzięki temu – bardziej ludzkich; brak perfekcji to przecież jedyna nasza, ludzi, wspólna cecha. A jeśli ktoś mówił mu, że partaczy, odpowiadał krótko:
– Stwarzam je na obraz i podobieństwo pańskich.
 Kiedy modeli nie było, rzeźbił ręce okrutnej Anny, które – choć pamięć o niej dawno już przybladła –  nadal potrafił odtworzyć ze wszystkimi szczegółami. Marzył o tym, że kiedyś pokaże je na wystawie i Anna przypadkiem na nią trafi. Wtedy – jak sobie wyobrażał – nagle zda sobie sprawę z popełnionego błędu. 
– Ale będzie już za późno, by to naprawić –  mówił z błyskiem w oku do Azora. –  Nie dla psa kiełbasa.
Słysząc ostatnie słowo, Azor wesoło kręcił ogonem, a on czuł, że nie jest sam w swoich fantazjach. Wysłał nawet jedną z prac na pewien znany i ceniony w świecie artystycznym konkurs, łudząc się nadzieją, że w ten, czy inny sposób do niej dotrze.
Kiedy ciekawi zaspokoili ciekawość, a próżni próżność, stało się jasne, że odtąd  narzędziami jego pracy muszą zostać pamięć i wyobraźnia. Nowi modele trafiali się  rzadko. Potrzebował solidnej reklamy. Miała zapewnić mu ją wystawa, którą zorganizował w niewielkim, jedynym w miasteczku, muzeum. Dzień przed wernisażem przygotował mowę powitalną. „Te dłonie są symbolem walki, wzlotów i upadków, śmierci i narodzin” –  mówił uroczystym głosem, stojąc przed lustrem w łazience. – „To nimi ratujemy życie, nimi też możemy je skończyć. Dłonie są najwspanialszym i najgroźniejszym narzędziem” –  dodawał, nie wspominając o tym, że zaraz po głowie. W artystycznej atmosferze, wśród szeptów zgromadzonych gości, na pewno nikt nie zauważy tej drobnej nieścisłości. 
W dniu wystawy ubrał się odświętnie. Był na miejscu kwadrans przed czasem. O siedemnastej, gdy wernisaż miał się rozpocząć, zdał sobie sprawę, że sala wcale nie pęka w szwach, szczerze mówiąc – na wystawie był tylko on z kustoszem. Czekali dwa kwadranse. Nie przyszedł nikt, poza Azorem.
Tego wieczoru postanowił, że następnego dnia wykopie dla siebie ostatni dół. I byłby pewnie tak zrobił, gdyby nie listonosz, którego spotkał, wychodząc z domu  z łopatą. 
– Jest pilna wiadomość do pana, zdaje się, że  z wielkiego świata. 
Otworzył kopertę niepewnymi dłońmi. I nagle znów wszystko potoczyło się jak na ekranie.
– To niemożliwe. – Pokręcił głową.
– Co  się stało?
Przycisnął kopertę do piersi, potarł ręką czoło. Przez chwilę stał nieruchomo, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Głośno się roześmiał, aż łzy popłynęły mu z oczu.
– Konkurs! Zająłem w nim pierwsze miejsce!
 
***
Sala była niewielka, na szczęście po brzegi wypełniona gośćmi. Głupio byłoby wyjść na podest i pozostać niezauważonym. Myślał o tym, zajmując specjalnie dla niego wyznaczone krzesło w pierwszym rzędzie. Rozejrzał się dyskretnie: na środku sali stał stół ze zwycięskimi rzeźbami. Jego dłonie położono najwyżej, na sześciennej podpórce, podłożonej pod złoty obrus, prezentowały się dumnie i okazale. Po lewej stronie sali –  stolik jury, a przy nim tęga rudowłosa kobieta w czarnym ponczo i trzech niemłodych już mężczyzn, dwóch z nich znał chyba z telewizji. 
Potem wszystko potoczyło się szybko. Na dźwięk swojego nazwiska wstał i podszedł do rudej, trzymającej w rękach kopertę. Ukłonił się wszystkim i wyciągnął do niej rękę, a może to ona wyciągnęła swoją do niego, nie potrafił sobie tego później przypomnieć. 
Kiedy dotknął jej dłoni, zakręciło mu się w głowie: tak, to był  ten dotyk! Tak samo ciepły, tak samo intensywny, tak samo gładki i równocześnie szorstki. Poczuł pulsującą pod skórą krew – obezwładniający prąd, który przeszedł z jej na jego skórę.   Wtedy wszystko sobie przypomniał: to jak szedł chodnikiem, ściskając w dłoni tamtą dłoń, to jak tamte dłonie gładziły go po głowie, jak przytulały, kiedy stłukł sobie kolano, jak dawały mu klapsy, kiedy coś nabroił. Były piękne: nieduże, bladobeżowe, miękkie, nigdy nie widział piękniejszych dłoni. Dłonie kryjówka, dłonie świątynia, dłonie jego matki.
Nie pamiętał, jak dotarł do swojego krzesła, wiedział jedynie, że w jednej ręce trzymał kopertę, a w drugiej tamten dotyk. Wspomnienie dłoni, które prowadziły małego chłopca w jakieś nieznane miejsce, które nakazywały mu zostać tam na zawsze, które siłą odrywały go od siebie. Dłonie oszustwo, dłonie zasadzka, dłonie jego matki. 
Czuł, jak wnętrza jego rąk robią się wilgotne. Zacisnął pięści. Cały był teraz dłońmi: odrętwiałymi palcami, drobnymi stawami napiętymi do bólu, żyłami tętniącymi przeszłością, o której nie chciał już wcale pamiętać. Wzbierał w nim żal nad sobą, zmieszany z wrogością do matki i nienawiścią do własnego życia. Opętała go myśl, by zakraść się i odrąbać ręce rudej pani. Nie wiedział, co chciałby później z nimi zrobić. Sprofanować? Przytulić? Pogrzebać? Pragnienie to – początkowo silne, z chwili na chwilę słabło w nim, zmieniając się w niemoc. Wiedział, że niczego nie jest w stanie cofnąć ani zmienić.  Objął rękoma obolałą głowę.
Nie pamiętał, w jaki sposób trafił do baru, tak jak nie rozpoznałby dłoni, które napełniały mu kolejne kieliszki. Nie wiedział, kiedy wydawał kolejne banknoty z koperty, którą wyniósł ze sobą ze zwycięskiej gali. Podniósł do góry literatkę i objął ją przymglonym spojrzeniem: jego ręce drżały. Pamiętał to drżenie! Tak samo drżały jej ręce! I wtedy znów je zobaczył. Dłonie, ktorymi podnosiła  butelkę, przytrzymując się stołu, by nie upaść, którymi błądziła po ścianie, by dotrzeć do łazienki, którymi obejmowała muszlę klozetową. Nieruchome, pozbawione siły, leżące na podłodze w kuchni, dłonie klęska. 
Podszedł do nich. Próbował je podnieść, ożywić, mówił im, że są mu potrzebne, że bez nich sobie nie poradzi. Trząsł nimi, gładził, wściekał się na nie, krzyczał, cucił  własnymi łzami. Nie reagowały. Zrezygnowany oplótł się nimi, ułożył pomiędzy dłońmi jak w trumnie. Coś wymamrotał, choć ani on sam, ani nikt inny tego nie zrozumiał. 

 

Czas czytania: ok. 20 minut

Gatunek: opowiadanie obyczajowe

Katarzyna Lewandowska

human hand
30 sierpnia 2026

Dłonie 

Do czego może doprowadzić fascynacja obcymi dłoni? Okazuje się, że bardzo daleko, i to w dodatku do takich złożonych konsekwencji, których to sami się nie spodziewamy. Główny bohater, mężczyzna, pracujący w zakładzie ,,Złota rączka", specjalizujący się w różnego rodzaju naprawach, nie przestaje o nich myśleć. Zaczęło się od zwykłych snów, które odwiedzały go co wtorek. Dłonie, szczególnie kobiece dłonie, pełne delikatności i pożądania, stawały się dla niego niewyczerpanym obiektem badań. Intrygowały go, pochłaniały, a przede wszystkim pociągały w swej istocie.

KATARZYNA LEWANDOWSKA

Prozatorka. Malarka. Pedagożka. Animatorka kultury. Urodziła się i mieszka w Rzeszowie.

Publikowała w czasopismach „Fraza”, „Post Scriptum”, „TY.TU.Ł Literacka Wataha” oraz na portalach E-Prawda i Moja Przestrzeń Kultury. Z sukcesem brała udział w konkursach literackich. W kwietniu 2024 roku ukazała się jej pierwsza książka - zbiór opowiadań „Krzesło” (Moja Przestrzeń Kultury), który wyróżniony został w plebiscycie „Książka Roku 2024” na portalu Pisarze Polscy.

W marcu 2025 roku ukazała się jej pierwsza powieść „Najzabawniejszy kawał świata” (Seqoja).

Z wykształcenia pedagog specjalny i plastyk. Pracuje z dziećmi i młodzieżą o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Prowadzi Akademię Twórczego Rozwoju, organizuje warsztaty artystyczne dla dzieci i dorosłych.

Poza literaturą jej pasją jest malarstwo akwarelowe. Swoje prace prezentuje na wystawach zbiorowych i indywidualnych. Laureatka konkursów plastycznych. W wolnych chwilach pochłania książki i podróżuje z aparatem.

INSTAGRAM

FACEBOOK

Stwórzmy nowy wymiar literatury

Opowiedz o nas rodzinie, znajomym, kolegom, koleżankom i przyjaciołom.

U nas każdy znajdzie coś dla siebie do poczytania, czy to z rana, czy wieczorkiem...

Po pracy, po zajęciach, po szkole, po powrocie do domu.

 

U nas znajdziesz tylko takie artykuły,które rozbudzą Twoje emocje!

(+48) 787 913 926 (preferowany kontakt SMS)

redakcja.atrament@o2.pl

Włocławek

Atrament to internetowe, nowoczesne czasopismo literackie, łączące różne style: od vintage po dark akademię. Chcemy być oryginalni. Publikujemy u nas wiersze, teksty zasłużonych wielkich mistrzów pióra z domeny publicznej, utwory początkujących autorów, i co najważniejsze, ciekawe, wciągające, zmuszające do myślenia artykuły, recenzje oraz zapowiedzi książek.

pile of assorted-title books

Media społecznościowe

A website created in the WebWave website builder.